Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kachetia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kachetia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2012

Owoce, autostop i kaukaska fantazja

W Gruzji a w szczególności w Kachetii owoce są niezwykle tanie. Czegokolwiek byśmy nie kupili zawsze są  dojrzale, soczyste  i doskonale słodkie. Jeśli chodzi o ceny to w mieście 1kg brzoskwiń kosztuje 1 lari, poza miastem na pewno taniej (słyszeliśmy o 0,30 GEL ale nie chce się wierzyć). Jadąc większymi drogami w Kachetii co kilkaset m mija się przydrożnych sprzedawców owoców. Widok arbuzów i melonów wysypujących się z bagażników jest świetny! Trochę dalej w głębi Kachetii widzieliśmy jeszcze fajniejsze obrazki. Łada, w której tylne siedzenia zasypane są brzoskwiniami (bez żadnych skrzynek, luzem!) a bagażnika nie da się zamknąć (tez przez stos brzoskwiń). Zawieszenie od ciężaru całkowicie siadło. Wiele razy widzieliśmy takie samochody wypchane melonami, arbuzami i nektarynkami.

Jeszcze nie mamy dużego doświadczenia w autostopie (ani w tym kraju ani w ogóle), ale po tym co sami zaobserwowaliśmy po kilkuset przejechanych kilometrach i po relacjach napotkanych autostopowiczów możemy już to stwierdzić: złapać stopa w Gruzji jest niezwykle łatwo. Na ruchliwej drodze zajmuje to max 5-10 min. Często ktoś się zatrzymuje zanim jeszcze zaczniemy machać. My jak na razie mamy dużą różnorodność "złapanych" kierowców. Od opisanych wyżej sprzedawców owoców (rozklekotany ford transit wypakowany melonami a inny brzoskwiniami), poprzez macho jadącego "na zimny łokieć" w Nissanie Navara (przez kilkadziesiąt minut na jego twarzy nie pojawił się ani cień uśmiechu a spod lekko opuszczonych powiek patrzyła pogarda dla innych użytkowników ruchu). Załapaliśmy się tez na radziecki traktor oraz na inżyniera, który podwiózł nas kilkaset kilometrów, zaprosił na kolacje w gruzińskiej restauracji i nie pozwolił zapłacić...

Tych wszystkich tak rożnych kierowców  łączyła jedna wspólna cecha: kaukaska fantazja. Czy to Transit, Łada czy Navara, samochód staje się w rekach Gruzina samochodem sportowym. Pierwsze wrażenia - jeżdżą jak kompletni idioci. Wyprzedzanie na trzeciego na górskim zakręcie rozmawiając przez komórkę i słuchając gruzińskiej muzyki ludowej - standard! Jazda 120km/h po mieście, wyprzedzanie gdy ktoś jedzie z naprzeciwka - no problem! Ścinanie zakrętów, jazda lewym pasem - zawsze! Fakt, to niebezpieczne. Ale prawda tez jest to, ze w Gruzji jeżdżą tak wszyscy i wszyscy są przygotowani na sytuacje, których my w Polsce nie moglibyśmy przewidzieć. Każdy w Gruzji wie, ze jak za chwile za tym ślepym zakrętem ktoś będzie jechał jego pasem, to wystarczy przyhamować, zjechać jednym kołem na pobocze, zatrąbić i wszystko będzie dobrze. Do kaukaskiej jazdy szybko się przyzwyczaiłem i już mi się podoba. Martynie jeszcze nie...

środa, 4 lipca 2012

Kraina winem płynąca

Kachetia jest gorącą krainą znaną z wina. My jej poznawanie rozpoczęliśmy już wczoraj od uczty, której tamadą był gospodarz naszej kwatery. I chodź Dawid był tamadą specjalnie pod turystów (na przyjęciu bawiło się około 10 par polskich, 1 para kanadyjska i 1 para ukraińska), to chyba bardzo dobrze spełnił on swoją rolę- poranny wyjazd części uczestników do Dawid Gareja'y przesunął się przeszło o godzinę. My rozpoczęliśmy dzień od zwiedzania Signagi, które okazało się aż do przesady wymuskanym i pięknym (też do przesady) miasteczkiem z tylko dwoma zabytkami: prawosławnym kościołem Św. Jerzego i murami obronnymi miasta, z których roztaczał się olśniewający widok. Dodajmy to młode wino sprzedawane na lokalnym straganie... Rozpływam się...
Kościół św. Jerzego w Signagi, Dolina Alazańska


Spacerem udaliśmy się do Bodbe, gdzie znajduje się kościół Św. Nino i grób tegoż. Jeśli zostaje się w Signagi dłużej, można pójść na pielgrzymkę z prośbą o wyleczenie z kaca. Kościół ładny, ale jak każdy inny.

Stopem udaliśmy się do Kvareli, rozoranego wzdłuż i wszerz miasteczka. Wszystko po to, żeby zobaczyć średniowieczną fortecę. Jej rozmiar robił wrażenie, chociaż nie tak duże, jak fakt, że mury otaczały boiska do piłki nożnej, na których rozgrywały się mecze. Chociaż piłka za daleko nie odlatuje. Miłym punktem zwiedzania był Gruzin, Irakli, który po rosyjsku opowiedział nam trochę o mieście.
Kvareli
Na zakończenie dnia wybraliśmy się do monastyru Nekresi. Znajduje się on na zboczu góry i nie zdobyliśmy go dzisiaj, pozostawiliśmy sobie tą przyjemność na jutro. Przed chwilą w ostatnim momencie udało nam się rozbić namiot. Zaraz potem lunął deszcz i rozszalała się burza.

Gremi

wtorek, 3 lipca 2012

Gdzieś między Finlandią a Iranem

Kazbegi
Signagi
W nocy nasz namiot targany wiatrem i zacinającym deszczem przeszedł probe nieprzemakalności. W środku suchutko! Po zwiedzeniu Kościołka “ześlizgnęliśmy się” błotnista droga do Kazbegi wprost do marszrutki do Tbilisi. Chcieliśmy łapać stopa, ale jako ze miała odjechać za 5 min. skosiliśmy się. I bardzo dobrze! Usiedliśmy pomiędzy dwiema zgoła rożnie wyglądającymi osobistościami. Po naszej prawej stronie siedział poważny blondyn o bardzo jasnej karnacji. Po prawej wyszczerzony do nas brunet o ciemnej skórze. Okazało się ze Jarmal przyjechał w Finlandii a Farshad z Iranu, poznali się w Tbilisi, polubili i od tego czasu podróżują razem. Są totalnymi przeciwieństwami. Jarmal jest miłym ale lekko chłodnym i powściągliwym w kontakcie człowiekiem północy. Farshad cały czas uśmiechnięty, bardzo gadatliwy i ciągle żartujący, częstował nas słodyczami i opowiadał o wszystkim co mu ślina na język przyniesie. Prawdopodobnie dzięki tym różnicom pasują do siebie jak ręka do rękawiczki i chyba dobrze dogadują.

Podroż pędzącą przez krętą kaukaska drogę marszrutka w tak doborowym towarzystwie szybko minęła. Farshad zaprosił nas do Teheranu a my go do Wroclawia. Teraz czeka w Tbilisi na Jarmala, który pojechał z nami na wschód do Signagı. 

W Signagi tez czekała nas mila niespodzianka. Z Polakami, którzy zatrzymali się w tym samym guesthousie co my spędziliśmy bardzo miły wieczór przy miejscowym domowym winie.