Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

Nic-nie-robienie

Sapzurro okazało się dobrym wyborem. Znacznie mniej turystyczne niż Capurganá, widać było, że toczy się tu spokojne, codzienne życie. Zatrzymaliśmy się u El Chileno i był to strzał w dziesiątkę! Z niewiadomych nam przyczyn większość backpackersów chcących spać w namiotach albo na hamakach (czyli tych dzielnych backpackersów) ciągnęła właśnie do niego, dzięki czemu wieczory umilaliśmy sobie długimi pogawędkami o podróżach, świecie, życiu. Nie stroniliśmy podczas tych wieczorów od rumu, który idealnie wpisywał się w nasze rozmowy, szum morza i palmowych liści. Pomysł Jedynego na odświeżający wieczorny drink, doczekał się nawet własnej nazwy! Ron polaco (polish rum) zawierał w sobie cztery ważne składniki, jakimi była panela (odparowany sok z trzciny cukrowej), limonka (prosto z drzewa oczywiście) i rum (z Medellin) z odrobiną wody. A może to rumu miała być odrobinka...?



Kolejnym dużym plusem tego miejsca były liczne mangowce, na których punkcie wszyscy (my, przyjezdni) oszaleliśmy. Och, oczywiście kokosy, karambole czy limonki też można było łatwo zdobyć wychylajac się z namiotu, ale mango nie przebije nic. Z zewnątrz trochę poobijane, niby sczerniałe i nadjedzone przez osy, w środku najbardziej soczyste, rozpływające się w ustach, słodkie jak miód. Aż żal, że tak dużo z nich się marnowało, choć dzielnie nad tym pracowaliśmy. Ach, gdybym miała tam słoiki...

El Chileno nie zajmował się campingiem sam, ewentualnie zbierał opłaty i zabawiał gości. Od pozostałej roboty, czyli sprzątania, gotowania, sprzedaży była Doña Silvia, która dodatkowo na głowie miała parę niby chorych wnucząt. Chłopcy byli tak strasznie chorzy, że nie mogli iść do szkoły, więc całymi dniami szwendali się za gringo, podpatrywali co robią i co mają, a jak pewnego dnia odkryli gitarę, to serenadom nie było końca (a nie były to najczystsze nuty pod słońcem). Doña Silvia wielkiej cierpliwości do nich nie miała, ale za to miała wielki talent do gotowania! I za to ją cenimy! Za 25 złotych od łebka (tak dużo, bo to będą duże sztuki, powiedziała), przyrządziła nam langusty w sosie z mleczka kokosowego! To było niewiarygodnie dobre, a udało nam się zamówić to tylko dlatego, że kolega popatrzył , jak niosła to danie na obiad dla El Chileno i nieśmiało zapytał, czy my też moglibyśmy o takie poprosić. Wieczorem, gdy Doña Silvia juz już wychodziła, trzeba było wyciągać El Chileno z domu, żeby zgraja spragnionych turystów mogła wydać trochę pieniędzy i kupić sobie po parę piw. Zmysłu do biznesu, może nie zupełnie, ale brak...




Camping znajdował się tuż nad morzem, tak że z naszego namiotu widać było właściwie całe wejście do zatoki. Można było spokojnie zostawić swoje rzeczy i pójść się zanurzyć w ciepłej wodzie, popluskać się jeszcze przed śniadaniem. I przed obiadem, i po obiedzie, po powrocie z plaży i przed kolacją. Czyli zawsze! Co jeszcze bardziej zaskakujące całe dno zasłane było koralowcami i wcale nie trzeba było iść na odległą plażę, żeby je znaleźć. Były tuż przy nas, na wyciągnięcie ręki. Ale to wcale nie znaczy, że nas nie nosiło i nie zwiedziliśmy wszystkich możliwych plaż w okolicy. Chociaż naprawdę się staraliśmy. To miał być nasz odpoczynek, mieliśmy wygrzewać brzuchy i nic nie robić i faktycznie nam się to udało. Z poznanym na miejscu Francuzem robiliśmy swego rodzaju zawody, kto będzie bardziej leniwy. Teksty "cały dzień czytałem dzisiaj książkę w hamaku", "mieliśmy iść do La Miel, ale nam się nie chciało", "spałem do 11" nagradzane były gromkimi brawami i głosami uznania. Ale bądźmy szczerzy, tam było tak pięknie, że zbyt długo nie dało się bez tych widoków piaszczystych plaż wytrzymać.








piątek, 24 czerwca 2016

Lima

Jedyny prosił,  żeby napisać kilka dobrych rzeczy nt Limy. To nie będzie łatwe i zmusza mnie od rozpoczęcia pisania od ogona strony...
Jedzenie mają dobre! I nie jest to wymuszony zachwyt. Szczególnie spodoba się to tym, którzy gustują w ryzykownym dla żołądka jedzeniu na ulicy. Smażona kaszanka (dobrze, ze smażona, wybiło bakterie) ze smażoną juką=maniokiem (też bezpiecznie) w bułce z dodatkiem cebulki z piekielnie ostrym aji. A to wszystko nakładane przez tłuste, brudniusienkie paluszki pani sprzedawczyni. Nie wiem, czy sanepid by to zaakceptował. Ja akceptuję! Było jeszcze kilka dobrych rzeczy, jak smażone na głębokim tłuszczu ciasto w wersji na słono lub na słodko,  a na deser: churros z nadzieniem pomarańczowym czy ryż z mleczkiem skondensowanym i kisielem z owocami. Wystarczy wyjść kilka kroków poza ścisłe centrum, żeby znaleźć tani i dobry obiad. Za 10SOL można dostać zupę  (kultowa caldo de gallina- rosół z kury, lekko zabielony z imbirem i kolendrą, lub minestrone- z dodatkiem bobu i selera naciowego), drugie danie (wybraliśmy cua cua- flaki z ziemniakami i ryżem oraz aji- potrawka z kurczaka i żółtej maziugi, której jeszcze nie udało nam  się zidentyfikować, podawana z ryżem) i coś do picia (na ciepło lub zimno). Jak ktoś jest tak czarujący, jak my, to jeszcze na koszt "restauracji" dostanie deser: flan i owoce w sosie mandarynkowym. Nie zjedliśmy wszystkiego a nam się to rzadko zdarza. Trzeba przyznać, że nie szafuja zbytnio mięsem  w potrawach, zawsze jest go bardzo mało. Ale nigdy nie wychodzi się głodnym. No i Jedyny musiał się nieźle natrudzić, żeby wcisnąć im napiwek. Zawsze wolimy dać sami coś od siebie niż jak nas na czymś próbują orżnąć...
Teraz przechodzimy do spraw mniej przyjemnych- czy w ogóle jest sens odwiedzać Limę? Jest tutaj kilka zabytków, które zabytkami nie do końca są. Bo czy dużą wartość może mieć budynek odbudowany latach 1920-1930 w stylu barokowym i rokoko? Albo podolepiane do budynków w różnych stylach mauretańskie, czarujące zresztą, balkony? W swoich rozważaniach trzeba wziąć oczywiście pod uwagę, że Lima była niszczona przez trzęsienia ziemi parokrotnie. Jakiś pomysl na miasto znaleźć więc musieli. Budynki są oczywiście poprawnie ładne i przyciągają oko, co nie jest trudne, jeśli wzniesione zostały pośród ogólnego, przez nikogo niekontrolowanego budowlanego choasu. Który oczywiście swój niekwestionowany urok ma,  trudno jednak cieszyć się nim zbyt długo  w mieście tak głośnym, jakim jest Lima, w którym ciągle otaczają Cię tłumy, trzeba pilnować dobytku, trudno zamienić ze sobą słowo i chociażby uzgodnić drogę. Jest to niestety miasto męczące, w którym trudno jest zaznać spokoju i wypocząć. Dlatego proponowanym przez nas rozwiązaniem, jeśli ktoś bardzo (ale to bardzo) chce odwiedzić Limę, jest nocleg w dzielnicy Miraflores (więcej info patrz IPP-Lima). Jest tam znacznie ciszej, bezpiecznie (są miejsca w Limie  gdzie lepiej sie nie zapuszczać) i całkiem niedaleko do oceanu.