Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

Nic-nie-robienie

Sapzurro okazało się dobrym wyborem. Znacznie mniej turystyczne niż Capurganá, widać było, że toczy się tu spokojne, codzienne życie. Zatrzymaliśmy się u El Chileno i był to strzał w dziesiątkę! Z niewiadomych nam przyczyn większość backpackersów chcących spać w namiotach albo na hamakach (czyli tych dzielnych backpackersów) ciągnęła właśnie do niego, dzięki czemu wieczory umilaliśmy sobie długimi pogawędkami o podróżach, świecie, życiu. Nie stroniliśmy podczas tych wieczorów od rumu, który idealnie wpisywał się w nasze rozmowy, szum morza i palmowych liści. Pomysł Jedynego na odświeżający wieczorny drink, doczekał się nawet własnej nazwy! Ron polaco (polish rum) zawierał w sobie cztery ważne składniki, jakimi była panela (odparowany sok z trzciny cukrowej), limonka (prosto z drzewa oczywiście) i rum (z Medellin) z odrobiną wody. A może to rumu miała być odrobinka...?



Kolejnym dużym plusem tego miejsca były liczne mangowce, na których punkcie wszyscy (my, przyjezdni) oszaleliśmy. Och, oczywiście kokosy, karambole czy limonki też można było łatwo zdobyć wychylajac się z namiotu, ale mango nie przebije nic. Z zewnątrz trochę poobijane, niby sczerniałe i nadjedzone przez osy, w środku najbardziej soczyste, rozpływające się w ustach, słodkie jak miód. Aż żal, że tak dużo z nich się marnowało, choć dzielnie nad tym pracowaliśmy. Ach, gdybym miała tam słoiki...

El Chileno nie zajmował się campingiem sam, ewentualnie zbierał opłaty i zabawiał gości. Od pozostałej roboty, czyli sprzątania, gotowania, sprzedaży była Doña Silvia, która dodatkowo na głowie miała parę niby chorych wnucząt. Chłopcy byli tak strasznie chorzy, że nie mogli iść do szkoły, więc całymi dniami szwendali się za gringo, podpatrywali co robią i co mają, a jak pewnego dnia odkryli gitarę, to serenadom nie było końca (a nie były to najczystsze nuty pod słońcem). Doña Silvia wielkiej cierpliwości do nich nie miała, ale za to miała wielki talent do gotowania! I za to ją cenimy! Za 25 złotych od łebka (tak dużo, bo to będą duże sztuki, powiedziała), przyrządziła nam langusty w sosie z mleczka kokosowego! To było niewiarygodnie dobre, a udało nam się zamówić to tylko dlatego, że kolega popatrzył , jak niosła to danie na obiad dla El Chileno i nieśmiało zapytał, czy my też moglibyśmy o takie poprosić. Wieczorem, gdy Doña Silvia juz już wychodziła, trzeba było wyciągać El Chileno z domu, żeby zgraja spragnionych turystów mogła wydać trochę pieniędzy i kupić sobie po parę piw. Zmysłu do biznesu, może nie zupełnie, ale brak...




Camping znajdował się tuż nad morzem, tak że z naszego namiotu widać było właściwie całe wejście do zatoki. Można było spokojnie zostawić swoje rzeczy i pójść się zanurzyć w ciepłej wodzie, popluskać się jeszcze przed śniadaniem. I przed obiadem, i po obiedzie, po powrocie z plaży i przed kolacją. Czyli zawsze! Co jeszcze bardziej zaskakujące całe dno zasłane było koralowcami i wcale nie trzeba było iść na odległą plażę, żeby je znaleźć. Były tuż przy nas, na wyciągnięcie ręki. Ale to wcale nie znaczy, że nas nie nosiło i nie zwiedziliśmy wszystkich możliwych plaż w okolicy. Chociaż naprawdę się staraliśmy. To miał być nasz odpoczynek, mieliśmy wygrzewać brzuchy i nic nie robić i faktycznie nam się to udało. Z poznanym na miejscu Francuzem robiliśmy swego rodzaju zawody, kto będzie bardziej leniwy. Teksty "cały dzień czytałem dzisiaj książkę w hamaku", "mieliśmy iść do La Miel, ale nam się nie chciało", "spałem do 11" nagradzane były gromkimi brawami i głosami uznania. Ale bądźmy szczerzy, tam było tak pięknie, że zbyt długo nie dało się bez tych widoków piaszczystych plaż wytrzymać.








poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Wywczas

Udaliśmy się na wczasy. Żeby nic-nie-robić, wygrzewać brzuchy na słońcu, kąpać się w lazurowym morzu i żeby generalnie było nam ciepło i nie śpiesznie. I to udało się nam idealnie! Tak idealnie, że chętnie zostałabym tam kilka dni dłużej.

Te kilka dni spokoju chcieliśmy spędzić na wybrzeżu Kolumbii niedaleko Panamy. Dopływa się tam około 40-50 osobowymi łodziami. Ale nie tak szybko, najpierw na tą łódź trzeba wsiąść! Łodzie wypływają z portu w Turbo. Samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, ale czuje się w nim portowy, czysto zarobkowy, ale nieturystyczny klimat. Do nabrzeża zacumowanych jest wiele statków, po których widać, że swoje czasy świetności mają już za sobą. Mimo że kiedyś woziły tylko pasażerów, to teraz pozostało im jedynie cargo. Pokłady zarzucone są stertami platanów, drewna, wypchanych po brzegi kartonów, a rzesze ludzi, w znacznej większości potomków czarnoskórych niewolników, biegają z towarami między pokładem a podstawionymi ciężarówkami. Część pasażerska portu nie jest duża i spokojnie można ją nazwać małym piekiełkiem. Każdego ranka jest tam niewiarygodny tłum, wszyscy się przepychają, panuje ogólny chaos i dezinformacja. I to wszystko, mimo że każda osoba ma już kupione bilety i wie, że dla niej miejsca starczy! Wyglądało to, jakby firma pierwszy raz zajmowała się organizacją tego typu przedsięwzięcia i jeszcze nie wypracowała sposobu na opanowanie tłumu i kierowanie nim. Kolejnym wyzwaniem po przejściu kontroli biletowej było ważenie bagaży i płacenie za nadmiarowe kilogramy. Muszę przyznać, że jesteśmy całkiem nieźli w kłóceniu się po hiszpańsku, kiedy ktoś chce nas orżnąć. Pracownik zawołał nam prawie dwukrotnie więcej za każdy dodatkowy kilogram, a dodatkowo policzył nam więcej kilogramów niż faktycznie mieliśmy. Udało nam się zbić cenę o ponad połowę, czyli nawet poniżej ceny oficjalnej :p Niewiarygodnym jest to, że to nie tylko nas, gringo, chcieli oszukać. Oszukiwali równo wszystkich, czarnych, żółtych, Kubańczyków czy Kolumbijczyków. WSZYSTKICH!


Poupychani na ławkach jak szprotki, czuliśmy się trochę jak uchodźcy albo nielegalni emigranci chcący opuścić Kolumbię i dostać się do lepszego świata, jakim są Stany Zjednoczone (potem okazało się to prawdą, przynajmniej jeśli chodzi o większą część pasażerów naszej łodzi). Spędziliśmy 2 godziny w ślizgu, mknąc z nieprawdopodobną prędkością nawet 57 km/h! Czasem prawie że lecieliśmy w powietrzu, tylko niestety każdy "upadek" i uderzenie w fale bolało w pośladki, a posiłek pospiesznie zjedzony przed rejsem niebezpiecznie lewitował w żołądku. 3 silniki, po 250 koni mechanicznych każdy, robią swoje.

Takim sposobem dostaliśmy się do chyba najbardziej turystycznej wioski w regionie- Capurganá. Zdecydowaliśmy się kontynuować naszą podróż i kolejną łodzią (z przemiłym, ale niemożliwym do zrozumienia czarnoskórym, siwym Panem sternikiem, który sterował łodzią z prawdziwie ułańską fantazją, zawsze na najwyższym biegu, nie zważając na fale) dostaliśmy się do Sapzurro.




piątek, 5 sierpnia 2016

Wreszcie Cartagena

Oczekiwania wobec Cartageny mieliśmy bardzo duże. Wszyscy, których spotykaliśmy na swojej drodze jednogłośnie stwierdzali, że jest to najpiękniejsze miasto Kolumbii. Jechaliśmy tam trochę z duszą na ramieniu, bojąc się, że wcale takie się nie okaże. Że wyobrażamy sobie stare miasto ładne na europejski sposób, otoczone murami, z gęsta zabudową ładnych domów w środku i rozsianymi kamiennymi kościołami, a spotka nas zupełnie co innego. Jakie było nasze zdziwienie, gdy już pierwszego wieczoru (a właściwie nocy; uwielbiamy trafiać do nieznanego miasta po zmroku), gdy szukaliśmy noclegu w dzielnicy Getsemani, ta dzielnica nas oczarowała. Należy nadmienić, że słyszeliśmy o niej jako o dzielnicy położonej poza ścisłym centrum, gdzie da się znaleźć jakiś tani nocleg. Wąskie, gwarne uliczki, tętniące wieczornym życiem, małe placyki ze starymi kościołami napchane siedzącymi na każdym możliwym murku ludzmi. I co najważniejsze, wyniosłe kamienice przy głównych ulicach, a przy przecznicach, małe, jednopiętrowe domki z otwartymi drzwiami i oknami, w których można było obserwować toczące się życie. Co za atmosfera! Oczywiście nie wszystkie budynki były odnowione. Te, które pozostawały w ruinie pokryte były licznymi graffiti, co nadawało dzielnicy Getsemani fajnego charakteru wiecznej młodości, fiesty i backpackerskich podróży.


Centrum miasta okazało się bardzo zadbane i odnowione. Tutaj też, tak jak w Getsemani, istnieją  dwa rodzaje zabudowań: wyższe, dostojniejsze kamienice i jednopiętrowe domki.
Kamienice, z reguły w stonowanych kolorach, mają podolepiane do ścian drewniane, kolonialne balkony, a wejścia do kamienic strzegą ogromne, ciężkie, oczywiście drewniane drzwi, do których bardziej pasuje nazwa "wrota". Małe, jednopiętrowe domki na zachodzie centrum przylegają do siebie ściśle ściana do ściany, a pomalowane są na wszystkie możliwe, byle jaskrawe, kolory świata. A jak same są białe, to chociaż wykusze okienne mają różowe albo jaskrawoniebieskie. Nad oknami zwisają czapy soczysto zielonych liści, tworzących idealne tło dla różowych kiści kwiatów. Tymi uliczkami naprawdę można spacerować bez końca. Obraz Cartageny dopełniają liczne kościoły i place. Do dużej części kościołów wejść się nie da, chyba miasto zabrało się za renowację  wszystkich na raz. Na placach przy nich przesiadują rzesze czarnoskórych (to chyba niepoprawne politycznie) mieszkańców. Zawsze można znaleźć tam kogoś, kto sprzedaje gorące tinto (czarna kawa) albo cokolwiek innego, czego dusza zapragnie. Oczarował nas pewien sprzedający, śpiewnie recytując produkty, które posiada "AGUA, COCA COLA, weed, AGUA!"




Przechadzając się po mieście (właściwie to krążąc szukając sklepu i śniadania) zupełnie przypadkowo spotkaliśmy młode, polskie małżeństwo z dzieckiem. Tak dobrze się rozmawiało przez tą chwilę na ulicy, że umówiliśmy się na wieczorne piwo. Miło było spotkać wreszcie kogoś tak podobnego do nas, o zbliżonych poglądach i zainteresowaniach. Spędziliśmy razem naprawdę świetny wieczór!

To, o czym należy jeszcze wspomnieć, to wszędobylscy naganiacze i uliczni sprzedawcy. Na całym wybrzeżu są oni bardzo natarczywi, ale w Cartagenie to była kulminacja ich wszyskich możliwości. Najgorsze jest to,  że to samo dzieje się na dworcach autobusowych. Człowieka w spokoju nie zostawią, póki nie sprzedadzą tego, czego chcą.  I nie wystarczy powiedzieć NIE. Nawet 10 razy nie poskutkuje. My doprowadziliśmy się do tego stanu, że jak widzieliśmy idących (lub co gosza biegnących) w naszym kierunku naganiaczy,  to odwracalismy się na pięcie i uciekaliśmy. Dosłownie. Pewnym sposobem na ulicznych sprzedawców było mówienie, że już się ma dany produkt lub już się było na danej wycieczce lub że nie potrzebujemy NICZEGO. Z tym ostatnim słowem zupełnie nie umieli sobie poradzić.









środa, 3 sierpnia 2016

Raj na ziemi

Zaczęło się dość wyczerpująco, bo od godzinnego spaceru z wielkimi, kilkunastokilowymi plecakami, a Parque Tayrona do najchłodniejszych miejsc na ziemi bynajmniej nie należy. Pot lał się strumieniami, chusteczki można było wykręcać, a koszulki mieliśmy zupełnie przemoczone. To nie deszcz, to produkcja własna! Ale szczęśliwie udało się dotrzeć do wymarzonego campingu i rozbić między palmami kokosowymi. Później nawet zastanawialiśmy się, czy jednak nie jesteśmy zbyt blisko tych palm, bo kokosy spadały w naszych okolicach z dość dużym hukiem. Ale dzięki temu spełniają się marzenia- świeży kokos prosto z drzewa! Mąż każdego ranka serwował mi do śniadania idealnie chłodną wodę kokosową! I nawet nie potrzeba bylo do tego maczety, wystarczył scyzoryk i trochę siły. Często także na plażach można było znaleźć kokosy, a połączenie słońce- morze- plaża- kokos jest wręcz idealne!


Plaże niedaleko naszego campingu okazały się przepiękne. Najbliżej położona nas Aranilla urzekła mnie jasnym piaskiem, błękitna wodą i położeniem w małej zatoczce. Kolejna, La Piscina, spodobała się Mężowi- jest wąska, ale dość długa, a nad nią zwieszają się liczne palmy. Plaża Cabo San Juan, może i cudna, ale przeraziła nas ilością wygrzewających się brzuchów. Chociaż jakby porównać to do polskiego morza, to wyszłoby, że przesadzamy. W naszej okolicy były to jedyne plaże, na ktorych można było się kąpać, na innych plażach było to zabronione ze względu na duże fale i prądy. A więc oznacza to, że resztę plaż mieliśmy właściwie tylko dla siebie! Niewielu prócz nas się nimi zainteresowało. Ich strata, bo naprawdę zapierały dech w piersiach i nie ustępowały w niczym tym popularnym, były nawet piękniejsze. Długie, puste, z palmami dającymi cień, piaskiem ze złotymi, skrzącymi się drobinkami pod stopami. Gdy zanurzaliśmy się w  wodzie, te złote iskierki wirowały wokół nas, sprawiając niesamowite wrażenie. Podczas długich spacerów po plaży, uciekały przed nami małe, mleczno- kawowe kraby i chowały się do swoich mikro-jam. Nad naszymi głowami szybowały statecznie klucze pelikanów, właściwie w ogóle nie poruszając skrzydłami.

Raj na ziemi.



PS Mąż każe napisać, że widzieliśmy 25-centymetrowego kraba. Widzieliśmy. Duży był. O taaaki.







niedziela, 31 lipca 2016

Przedsionek raju

Chyba nie chcę bardzo dokładnie opisywać naszej drogi jaką przebylismy, aby tu dojechać. Nadmienię tylko, że rozpoczęliśmy podróż o godz. 12 w Salento a skończyliśmy ją o godz. 19 dnia kolejnego w Santa Marta, właściwie cały czas spędzając w autobusach, z jakimiś 15-30 minutowymi przerwami na przesiadki. Najciekawiej było od momentu wejścia na dworzec w Medellin. Zdecydowaliśmy się wsiąść w autobus o 00:30 do Monteria, ktory mial jechac 5 godzin. Przyjechal opóźniony o 45 minut i kontynuował opóźnianie się, gdyż w Monteria obudzilismy sie rano okolo 10. Przynajmniej sie wyspaliśmy... Tam złapaliśmy bezpośredniego, 6 godzinngo busa do Santa Marta. Bus okazał się ani bezpośredni ani 6 godzinny. Po jednej przesiadce i 8 godzinach dotarlismy do Santa Marty.
Santa Marta trochę nas zawiodła, ale może zbyt duże mieliśmy wobec niej oczekiwania. No bo jak ktoś słyszy SANTA MARTA, koło CARTAGENY, nad morzem, w cieple, palmy, kolonialnie itp, to co sobie myśli? Minimum: WOW. Albo nawet więcej WOWów. Miasto jest spore, a samo interesujące turystycznie centrum malutkie. Kilka ładnych z zewnątrz, bielonych kościołków (+katedra), porozsiewane wśród szarej zabudowy domki kolonialne, nadmorski bulwar. I tyle. Ale wizyta miała swoje plusy. Udało nam się trafić z głodem w porę almuerzo (obiadu), co jest dość dużym sukcesem, bo z reguły ich pory posiłków i nasze zupełnie się rozmijają i czasem długo szukamy, zanim coś upolujemy. Po niedzielnych mszach ludzie wylegali na placyki przed kościołami, gdzie czekały już kramy z jedzeniem, a my postanowiliśmy się do tej uczty dołączyć. W kilku miejscach sprzedawano zupę rybną lub zupę z owocami morza (obie zachwycająco dobre!), panowie na wózkach mieli termosy z gorącym tinto (czarna kawa), a w cieniu drzew można było napić się lemoniady z limonki czy świeżo robionych soków z pomarańczy lub arbuza. Po zaspokojeniu głodu i uzupełnieniu zapasów żywnościowych w plecakach ruszyliśmy do Parque Tayrona.






środa, 8 sierpnia 2012

Od Efezu do Izmiru

Zachodni kraniec Turcji
Z Pamukkale wydostaliśmy się prosto, łatwo i przyjemnie. Wieczorem spędziliśmy naszą ostatnią w tej Podróży noc na plaży, przy luksusowym Pamucak. Fakt, plaża przepiękna! Stojąc wieczorem nad wybrzeżem Morza Egejskiego pękałem z dumy. Przejechaliśmy stopem CAŁĄ AZJĘ MNIEJSZĄ! Od granicy z Iranem, przez południowy Kurdystan, brzeg Morza Śródziemnego aż do zachodniego krańca Turcji!
Ale to jeszcze (na szczęście!) nie koniec Podróży. Następnego dnia był Efez. Trzecia stolica Cesarstwa Rzymskiego zachowała się najlepiej ze wszystkich miejsc w których byliśmy. Niestety było drogo i tłoczno, mimo wczesnej pory zwiedzania.
Bo lubię ładny widok rano, z sypialni...
Tego samego dnia wieczorem dotarliśmy do Izmiru, z którego zostało nam wiele miłych wspomnień. Poznaliśmy tam Birkana (CauchSurfing) i jego kilku znajomych. Jest to grupka „zrelaksowanych” studentów, podchodzących do islamskich reguł dość liberalnie. Jak to powiedział Birkan: „My też celebrujemy ramadan. Codziennie go opijamy!”
Przeturystyczny Efez
Żyją we trzech w studenckim mieszkaniu i prowadzą typowo studencki tryb życia. Spędziliśmy z nimi świetny wieczór, podczas którego oprowadzili nas po studenckiej Bornovie, czyli jednym z „miast” trzy milionowego Izmiru. W nocy panuje tu naprawdę fajna atmosfera. Jest bardzo dużo ludzi a przydrożna puby i bary tętnią życiem. Zostaliśmy poczęstowani miejscowym przysmakiem – baranimi flakami, które nasi znajomi tradycyjnie jedzą po kilku piwach. Kolejnym przysmakiem, były małże z ryżem, serwowane bezpośrednio z przyczepki samochodu.
Izmir
Poza Bornovą, cały Izmir zrobił na nas przyjemne wrażenie. Nie ma tu jakiś szczególnych zabytków i miejsc, do których mogliby pielgrzymować turyści. W tym mieście o przepięknej lokalizacji wzdłuż zatoki, wartko toczy się zwyczajne, codzienne życie. Birkan mówi, że dla tego przeprowadził się do Izmiru ze Stambułu. Nie wytrzymywał problemów z komunikacją miejską i uciążliwością funkcjonowania w dwudziestomilionowym molochu. Trzy milionowe „miasteczko” jest do życia znacznie przyjemniejsze.
Od lewej: Birkan, Koray, Bilal
Birkan urodził się w Bułgarii. Jednak z pewnych powodów, prawdopodobnie jakiś szykan politycznych, Turkom w Bułgarii zaczęło powodzić się bardzo źle. W związku z tym rodzice postanowili przenieść się do Turcji. Birkan zły jest na to, że jego ojciec zrzekł się bułgarskiego obywatelstwa. „Jeśli oni nas nie chcą, to ja nie potrzebuję ich obywatelstwa” – mówił. Wkrótce po tym, Bułgaria wstąpiła do Unii Europejskiej, i Birkan miałby możliwość podróżowania po całej Europie i wielu krajach poza Europą bez wiz. Teraz, żeby wyjechać na kurs językowy na Maltę, musi wiele przedsięwziąć. Samo czekanie na decyzję zajmuje kilka miesięcy. Dochodzą dodatkowe koszta i np. problem z rezerwacją biletu lotniczego. Efekt jest taki, że niecały miesiąc przed wyjazdem, wciąż nie wie czy dostanie wizę czy nie.
Bez powyżej przedstawionych problemów, do Unii mogą wjechać Turcy posiadający specjalne paszporty. Żeby dostać taki paszport, trzeba mieć w rodzinie urzędnika państwowego, np. nauczyciela (ale tylko z długim stażem), albo pracownika ambasady. Z tego co wiem, to taki pracownik może nawet załatwić specjalny paszport dla kogoś spoza rodziny. Niestety, widać Birkan niema takich znajomości.
Ta sytuacja trochę przypomina podział na lepszych i gorszych obywateli. Ale może z czasem się to zmieni. Mam nadzieję, że z wyjazdem na międzynarodowe zawody piwne we Wrocławiu, na które się umówiliśmy, nie będzie żadnych problemów. Tak doniosły powód przecież musi wystarczyć!

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Hıstoryczne noce

Marmure Kalesi
Jeszcze przez 3 kolejne noce udawalo nam sıe nocowac w pıeknych, hıstorycznych mıejscach. Po nocy w Kıskalesı, na pıerwszy nocleg mıedzy armenskım Marmure Kalesı a morzem zdecydowalısmy sıe nıe tyle z powodu pıeknego wybrzeza ı otoczenıa, ıle z powodu zolwı. Tak, sa to okropnıe nudne stworzenıa, ale kto nıe chcıalby zobaczyc zolwıcy skladajacej jaja? Albo malych zolwıatek ucıekajacych z gnıazda do morza? Nıestety nıe kazdy moze dostapıc tego zaszczytu, a nam tym razem nıe dopısalo szczescıe. Nawet pomımo dlugıego wyczekıwanıa na plazy noca (10-12pm zolwıe skladaja jaja) ı wczesnego wstawanıa o wschodzıe slonca (ok 5am zolwıatka sıe wykluwaja).

Kolejny nocleg trafıl nam sıe w Sıde. Zgodnıe z profılem naszym studıow za kwatere wybalısmy sobıe sale na drugım pıetrze grecko- rzymskıego szpıtala z 6 wieku. Z wıdokıem na pıeknıe oswıetlony rzymskı teatr na 15tys wıdzow, oczywıscıe. Smıesznıe bylo patrzec podczas snıadanıa na zorganızowane grupy, ktore wykupıly sobıe wycıeczke pod tytulem "Sıde o poranku".
Bizantyjski szpital w Side
Ostatnı antyczny bıwak zalozylısmy na kamıenıstej plazy tuz pod muramı obronnymı lıcyjskıego Olympos. Wystarczylo rano wskoczyc do lazurowej wody, poplynac chwıle najpıerw wzdluz, potem wglab ladu, zeby moc zaczac spacer po zacıenıonych przez dzıkıe fıgowce ı oleandry ulıczkach mıasta.

W ramach umyslowego (ı fızycznego) odpoczynku od tych wszystkıch hıstorycznych mıejsc, zafundowalısmy sobıe 2 noce na Kaputaj Plaje. Jest to nıeduza, kamıenısta plaza, jedna z nıelıcznych na wybrzezu mıedzy Kaş ı Kalkan. Jest polozona mıedzy dwoma wzgorzamı. Rozcıaga sıe z nıej pıekny wıdok na mala wysepke, skalısta lınıe brzegowa ı nıewyobrazalne lazurowe morze.



wtorek, 31 lipca 2012

Śmieciarz, wrota Hadesu i przepękla ogórkowata


Po pobycie w Kayseri i wspólnym zwiedzaniu Kapadocji z Furkanem i Ardą, obraliśmy kierunek południowy. Wiem, że z grupką przyjaciół z Kayseri spędziliśmy tylko dwa dni, ale naprawdę ciężko było nam się z nimi rozstać i trochę za nimi tęskniliśmy. Jednak przed nami była długa droga. Tak więc z kurdyjską rodzinką, bezzębnym kierowcą i jego wesołymi kolegami, śmieciarzem zbierającym śmieci przy autostradzie i jakimś kurierem dotarliśmy na kemping przy Kizkalesi. Naszym oczom ukazała się czerń morza i przepięknie podświetlony zamek na wodzie. Malowniczy do granic możliwości. Parno za to było tak, że cały czas byliśmy lepcy. Pięć minut po zimnym prysznicu też. Rozbiliśmy samą sypialnię namiotu i jakoś przetrwaliśmy tą noc.
Przepękla ogórkowata
Następnego dnia, furgonetką wypełnioną PRZEPĘKLĄ OGÓRKOWATĄ! dostaliśmy się do pobliskiego legendarnego wejścia do Hadesu. Polecam to miejsce. Wejść sobie do Hadesu i wyjść z powrotem to nie lada gratka! 

Wrota Hadesu
Po powrocie (tym razem jakimś białym luksusowym suwem) pożegnaliśmy się z właścicielami kempingu i rozbiliśmy namiotem kilkanaście metrów od niego, w dużo cichszym i bardziej malowniczym miejscu. Z naszego obozowiska widzieliśmy stojący nad brzegiem morza zamek. To nasz pierwszy nocleg w pobliżu historycznego miejsca. Przez następne dni, gdy podróżowaliśmy wzdłuż Tureckiego wybrzeża Morza Śródziemnego, takich noclegów nam nie brakowało.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Radzıeckı kurort

Nowo wybudowany ponad stuletni pałac!

Deptaki pełne opalonych turystów z Europy, na każdym rogu sklepıkı z dmuchanymı rekinami, trochę palm i plaże z panıenkamı w bıkını na leżaczkach. Ten obrazek tak bardzo  nıe pasuje do Gruzji, jeszcze całkiem dzıkıej, spokojnej i niezepsutej turystyka. Jest jednak jej wızytowka w bogatym świecie. Cala europejskość Gruzji zamyka sıe w tym jednym mıejscu. Wıdac ja w supernowoczesnych budynkach, podświetlanych rzeźbach, wyremontowanych kamıenıczkach, drzewkach równo posadzonych i przystrzyżonych na nadmorskim bulwarze. Krzyczy ona do nas z European Square, z kawıarnı przy molo zagłuszających myśli lıstamı przebojów TOP10 Europy. Późnym wıeczorem tony prężącego muskuły żelu mıjaja rozchichotane warstwy tapety, tuszu, cıenı do powıek. Idealne plaże, ıdealne morze, ıdealna pogoda. Grube europejskie cıelska na drodze hotel- leżak poznają prawdziwą Gruzję.




Przecznicę dalej toczy sıe zupełnie ınne życie. To prawdzıwe. Dla nich nıedostepne.