Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wschód Turcji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wschód Turcji. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lipca 2012

Skwar, żar i duchota...


Chcesz zaoszczędzić trochę czasu w Turcji? Przestań czekać na autobusy i dolmusze i zacznij jeździć stopem! 

Z centrum Tatvanu wzięliśmy busik na jego obrzeża i zaczęliśmy łapać. Łapanie stopa ma to do siebie, że podczas tej czynności  nie zdążysz zrobić zdjęcia. Momentalnie ktoś się zatrzyma. Teraz też tak było. Po 3 min. (słownie trzech minutach), jak jeszcze szliśmy żeby stanąć w dobrym miejscu, zatrzymał się samochód. Pan jechał do Diyarbakir, czyli podwiózł nas dobre kilkaset km przez półpustynne tereny wschodniej Turcji. Tereny których w Europie próżno szukać. Po drodze zaliczyliśmy drobną wojskową kontrolę paszportów, ale oczywiście obyło się bez żadnych problemów. 

Wjeżdżaliśmy w najgorętsze rejony naszej Podróży. Dookoła nas roztaczały się równiny, lub góry zalane słońcem, bez krzty zieleni. Krajobrazy odstraszające swoją niegościnnością. Dostępne chyba tylko dla rdzennych mieszkańców żyjących tutaj od zarania dziejów (wszak byliśmy tuż przy dolinie Tygrysu i Eufratu). Osadnictwo w tej krainie jest naprawdę jednym z najstarszych na naszym globie. Z otwartego okna samochodu, mimo dużej szybkości wlewał się żar - suche powietrze, rozgrzane jak w suszarce do włosów. 

W chwili gdy nasz kierowca zatrzymał się na skrzyżowaniu, żeby nas wysadzić, jadący z innego kierunku kierowca TIRa wychylił się przez okno, zwolnił i… czekał na nas! Takie coś zdarzyć się może chyba tylko poza Europą. Tirowiec zobaczył dwójkę wędrowców wysiadających z samochodu, więc oczywistą oczywistością było dla niego zatrzymać się i zaproponować podwiezienie… Było to bardzo miłe przy temperaturze powietrza 50oC w cieniu. Nie wiem czy kiedyś jeszcze uda nam się złapać stopa w 0 minut o 0 sekund…Niegościnna kraina ma niezwykle gościnnych mieszkańców.

Hasankeyf
Do Batman, dzięki dobrym „połączeniom” dotarliśmy tak szybko jak to było możliwe. Prowincja Batman cieszy się złą sławą największej rocznej ilości zabójstw honorowych. Co roku około dwustu miejscowych kobiet ginie zabitych przez członków swego rodu, z powodu splamienia honoru rodziny. Ale to nie znaczy, że one są za to bezpośrednio odpowiedzialne. Po więcej informacji odsyłam do książek „Słodko-gorzka ojczyzna” i „Zabójca z miasta moreli” (więcej tutaj) lub do innych źródeł.

Po wyjściu z TIRa sparaliżował nas żar. My z kilkunastokilowymi plecakami a temperatura tak wysoka, że przy każdym wdechu czuć charakterystyczne wysuszanie śluzówki w nosie. Z trudem doczłapaliśmy się do stacji benzynowej pytać o jakieś dolmusze. Tu spotkała nas kolejna uprzejmość. Pracownik stacji od razu zaproponował, że podwiezie nas na dworzec! I miał samochód z Klimą… Na dworcu ostro stargowaliśmy cenę biletu do Hasankeyf i darowaliśmy sobie łapanie stopa na dzisiaj. Przy 40oC luz, ale 50 to ciut za dużo.
Rzeka Tygrys przy Hasankeyf
Hasankeyf jest miastem-zamkiem położonym nad rzeką Tygrys, wydrążonym w skale około 3000 lat temu. Sam kompleks jaskiń jest od jakiegoś czasu tylko atrakcją turystyczną, ale w okolicy wciąż istnieją wydrążone jamy w których do dzisiaj ludzie mieszkają jak w paleolicie… Widać je nawet z głównej drogi którą jechaliśmy. Pikanterii dodaje fakt, że ten światowej skali zabytek, wpisany na listę UNESCO ma zostać zatopiony. Turecki rząd planuje zrobić w tym miejscu ogromną tamę i elektrownię wodną… Budowa tamy rozpoczęła się w 2006 roku a ma zakończyć w 2015 źródło. Pozostawię to bez komentarza.

IP- Tatvan

Nocleg
Alize Otel, adres: Cumhuriyet Cd. No:160, koszt: 40LT/ pokój dwuosobowy z łazienką

Kalach, co lezal na stole

Po kilku sıelankowych rozmowach, jak to w Turcjı zaczyna byc dobrze, jeslı chodzı o kontakty turecko- kurdyjskıe, wzıeto kubel zımnej wody ı zafundowano nam  zımny prysznıc. Jak do tej pory wszyscy zarowno Turcy jak i Kurdowıe przekonywalı nas, ze panstwo robı wzystko , zeby napıete stosunkı polıtyczne poprawıc, a zwyklı ludzıe obu narodowoscı szanuja sıe ı zyja w zgodzıe. Krotko mowıac- problem znıka. Po czym tuz po przyjezdzıe do hotelu w Tatvanıe od recepcjonısty dowıedzıelısmy sıe, ze Kurdowıe sa tak sılnı, ze nawet Busha to kıedys zaskoczylo ı zadzıwılo. Nalezy ım sıe odrebne panstwo ı zamıerzaja to wyegzekwowac, potrzebuja jedynıe bronı, by moc walczyc. Zdolnoscı maja, przecıez udalo ım sıe ostatnıo zestrzelıc tureckı smoglowıec. Od ınnego mezczyzny na ulıcy uslyszelısmy, ze PKK jest super ı chyba sıe zasmucıl, kıedy my tego nıe potwıerdzılısmy. Dodajmy do tego wydarzenıa ostatnıch dnı, m.ın. protest Kurdow w Diyarbakır. 

I nıe codzıennıe wıdzı sıe w oswıetlonym pokoju, mıedzy dwoma tulıpankamı z çay, lezacego w pogotowıu kalasznıkova.

niedziela, 22 lipca 2012

Na kurdyjskiej prowincji



Tatvan to małe miasteczko w środku Tureckiego Kurdystanu. Głęboka prowincja. Poza bliskością wulkanu i jeziora Van niema nic do zaoferowania. Turystów zero. Prawie wszyscy mieszkańcy miasta, z wyłączeniem pracowników państwowych, takich jak nauczyciele, policjanci i żołnierze, są Kurdami. Pomiędzy niskimi, obłażącymi farbą budynkami z wielkiej płyty pędzą stare samochody i Dolmusze. Obok supermarketów typu Carrefour Expres kwitnie handel uliczny i biegają obnośni sprzedawcy. Cały ten normalny miejski harmider w pewnym momencie znika…  
Po zjechaniu stopem z Wulkanu (w samochodzie osobowym było nas osiem osób) i sprawdzeniu cen autobusów do Batman udało nam się w końcu znaleźć tani hostel. Jako, że nie było jeszcze późno poszliśmy się przejść i zrobić małe zakupy. Zaraz miało zmierzchać. Weszliśmy w miejski gwar, który w tureckich miastach wieczorem wzrasta a nie słabnie i szliśmy wzdłuż głównej ulicy.
 W pewnym momencie zaobserwowaliśmy ogólne poruszenie. Każdy gdzieś biegł. Coś musiał szybko załatwić, wykonać jeszcze ten ostatni ruch. I wtedy Muezin zaczął śpiewać.  W tym momencie można przerwać codzienny post w trakcie Ramadanu i po całym dniu wreszcie coś wypić i zjeść. MOMENTALNIE życie w mieście zamarło. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Ludzie zamykali swoje małe sklepiki, odchodzili od kas w których pracowali i zaczynali JEŚĆ! Przez pierwsze dziesięć minut nie słychać było nic poza szczękaniem sztućców. Dochodziło ono z każdego okna, każdej bramy i małych stolików rozłożonych naprędce ze znajomymi z pracy.  Czuliśmy się jak na spacerze po mieście w środku wigilijnego wieczoru, z tym że kolację jedzono także pod gołym niebem. Po kwadransie wszystko powoli zaczęło wracać do porządku a po pół godzinie na ulicach znów było tłoczno. Tylko ludzie jacyś tacy weselsi…  Syci!

IP- Nemrut wulkan

Dojazd
W Tatvan wsiaść w dolmus (koszt 1LT), który jedzie w kierunku Sanayi i poprosić o wysadzenie przy drodze na Nemrut Dagi. Będzie tam drogowskaz na Nemrut. Droga jest długa i jest naprawdę upalnie, więc wejście zajęłoby pewnie cały dzień (dystans to ok 26 km: 16km do krateru+ 10km do jeziorek ciepłego i dużego).
Nocleg
Istnieją dwa campingi: jeden przy ciepłym,  drugi przy dużym jeziorze, 10LT/os. Nie oferują nic prócz herbaty. Jest tam też czyściej, niż w okolicznych krzakach. Namioty są tam może trochę bezpieczniejsze, niż gdyby ukryć je gdzieś wśród drzewek. Ale jeśli nie jest się tam w weekend, to prawie nie ma tam ludzi.
Trasa na szczyt
O ile wchodzi się nie najgorzej, to zejście jest tragiczne i niebezpieczne. Schodzi się bowiem po żwirze i kamieniach, które osuwają się razem ze schodzącym, wydaje się, jakby się płynęło po zaspach śniegu. Męczące i siadają kolana. Byłam bliska napisania, że gra niewarta świeczki, ale to nie byłaby prawda.
Żeby wejść na grań, trzeba iść na wschód drogą dla samochodów koło ciepłego jeziorka i zejść z niej, jak będzie ostro skręcała, żeby otoczyć jeziorko. Dalej trzeba iść ciągle na wschód, przejść przez piarg i za nim zacząć piąć się pod górę. Granią idziemy ciągle na zachód i w pierwszym miejscu, w którym nie będzie kilkumetrowej ściany, zaczynamy schodzić ostro w dół w kierunku jeziora. Po dojściu do jeziora można iść ciągle brzegiem na wschód aż dojdzie się do campingu.

sobota, 21 lipca 2012

Wulkan



Po objechaniu ogromnego, słonego jeziora Van, dostaliśmy się do miasteczka Tatvan. Zamierzaliśmy  dostać się stąd na wulkan Nemrut Dagi (nie mylić z górą Nemrut Dagi, kilkaset km na zachód…) Także tutaj spotkała nas miła niespodzianka. Gdy robiliśmy zakupy w sklepie, ktoś spytał czy jesteśmy z Polski.  Pięćdziesięcioletni pracujący w turystyce rozpoznał nasz język. Na wstępie zaznaczył, że jest właścicielem kempingu na Nemrucie i… że śpimy tam za darmo! Dzisiaj wieczorem nas odwiedzi a my go w zamian nakarmimy, po całym dniu postu. Tylko na wschodzie Turcji coś takiego może się zdarzyć! Wszędzie indziej zaproponowano by nam „special price”.

Dojechaliśmy dolmuszem pod wulkan i zaczęliśmy wchodzić pod górę asfaltową drogą. Na znaku drogowym było napisane, że przed nami 20km. Żar padający z nieba sprawiał, że wędrówka była bardzo uciążliwa, i znudziła nam się wyjątkowo szybko... Niby małe nachylenie i asfalt a pot lał się z nas strumieniami.  To nie to samo co chodzenie w polskich górach, nawet w lecie… Mięliśmy jednak szczęście, bo udało nam się złapać stopa! Wulkan jest miejscem weekendowych wypadów okolicznych mieszkańców, więc złapanie stopa jest możliwe (ale chyba tylko w sobotę lub niedzielę). Po pewnym czasie ukazał nam się piękny widok na krater (50km obwodu) i na jeziora wewnątrz niego. 

Na miejscu są dwa campingi. Jeden przy największym drugi przy mniejszym jeziorze. Żaden z nich niema wiele do zaoferowania, ponieważ oba składają się z… budki do pobierania opłat i niczego ponadto! Niema nawet najprostszej latryny! Na pewno byśmy się tam nie rozbili, gdyby nie chęć spotkania się z nowym znajomym.  Jest tam wiele ładnych miejsc na namiot a biwakowanie w całej Turcji jest legalne i całkowicie akceptowane.  

W samym kraterze jest aż pięć jezior. Miejscowi mówią, że woda z największego nadaje się do picia. Osobiście bym tego nie polecał, bo widziałem w niej wiele glonów a smakuje jak zwykła „jeziorzanka”. Moim zdaniem trzeba ją przegotować lub wrzucić tabletki odkażające.  Przy mniejszym i trochę brudniejszym jeziorku są źródła termalne. Temperatura w nich to na oko powyżej 40oC – parzy! 

Wieczorem przyjechał do nas nasz znajomy. Nie mówił dobrze po angielski ale dało się z nim porozumieć bez problemu. Jest Kurdem, kawalerem. Ma piętnaścioro rodzeństwa! Z zegarkiem czekał na koniec kolejnego dnia Ramadanu by zacząć jeść, ale ku mojemu zdziwieniu zjadł bardzo mało. Mówił, że mu smakuje, ale że po całym upalnym dniu najbardziej potrzebuje wody. Głód nie jest największym problemem. 

By wejść na szczyt wulkanu (około 3000mnp.) wspinaliśmy się kilka godzin po stromym zboczu. Było to o tyle trudne, że w dużej mierze szliśmy po żwirze, który się osuwał. Zejście było jeszcze bardziej uciążliwe. Podobno jest jakaś inna droga, ale nam nie udało się jej znaleźć. Cały ten trud zrekompensował rozległy widok na olbrzymi krater. Nie do opisania!


piątek, 20 lipca 2012

IP- Ishak Pasha Palace

Nocleg
W Dogubayazit u Mehmeda. Jest on użytkownikiem couchsurfing.org i hostuje wszystkich, którzy się do niego zgłoszą, przynajmniej sam tak twierdzi.
Dojazd
Z przystanku przy otogarze (otogar- dworzec autobusowy) odjeżdża dolmus pod sam pałac, wyrusza jak się zapełni. Koszt 2LT
Bilet
5LT/os

Mehmet - Kurd ze Świebodzic


Ani
Dzień rozpoczęliśmy w Kars. Jest to baza wypadowa do Ani - opuszczonej stolicy Armenii sprzed 1000 lat. Do Ani nie jeżdżą dolmuşe i zgodnie z naszym przewodnikiem trudno się tam dostać (w Kars ktoś nam proponował 'special price' 70lir...) Mięliśmy jednak szczęście bo poprzedniego dnia spotkaliśmy zmotoryzowanych turystów z Kopenhagi, którzy nas tam zabrali*. Ani zobaczyć warto. Na sporym ładnie położonym obszarze pozostało kilka lepiej lub gorzej zachowanych budowli z plus minus XI-XIII w. Dość napisać, ze robi wrażenie. 


 

Następnie przejechaliśmy kilkaset km TIRem z Azerskim kierowcą by dostać się do Doğubayazıt. Chcieliśmy tu znaleźć kemping i następnego dnia zobaczyć pałac İshaka Paşy. Jechaliśmy przez niesłychanie piękne tereny. Była to chyba najpiękniejsza droga podczas całej Podróży. Widząc ośnieżoną górę Ararat, na której zgodnie z legendą po Potopie osiadła Arka Noego, wiedzieliśmy, że jesteśmy już blisko. W Doğubayazıt Kempingu nie było nam dane znaleźć, gdyż ktoś nam przeszkodził:
Piękna droga do Dogubayazit

- Can I help You? - zapytał kierowca samochodu, gdy szukając kempingu zaglądałem do miejsca, do którego zaglądać nie powinienem.
-Tak, szukamy kempingu.
-To nie kemping! To zamknięta strefa wojskowa! - powiedział ze śmiechem - Skąd jesteście?
-Z Polski.
- Ja tez jestem z Polski. - odpowiedział wciąż po angielsku - Zobaczcie! - pokazał Polski dokument typu ''Karta stałego pobytu''.
- O, a gdzie mieszkasz? - chciałem go trochę przeegzaminować. Nie często zdarza mi się propozycja noclegu w pierwszej minucie znajomości...
- Vroclav. Naprawdę możecie u mnie spać. Znacie CouchSurfıng? Mam dzisiaj gości z Czech. No problem!

Tak poznaliśmy Mehmeta, mniej więcej 35 letniego Kurda mieszkającego z Polska zona i córeczką w Świebodzicach, kilkadziesiąt km od Wrocławia. Ledwo skończyliśmy zwiedzać Ani, już złapaliśmy Azerskiego TIRa. Ledwo Wysiedliśmy z TIRa, już siedzieliśmy u Mehmeta i piliśmy z nim piwo... 

Wschodnie rubieże  Tureckiego Kurdystanu

Mehmet do Turcji przyjeżdża w lecie. Organizuje wejścia na gore Ararat. Jest bardzo dowcipny ı charyzmatyczny. Wygląda na osobę z która każdy może łatwo nawiązać kontakt. Jest muzułmaninem, ale nie przestrzega zasad tak restrykcyjnie jak Abdullah. Pije alkohol**, je wieprzowinę i nie pości w Ramadan (ale swojej matce mówi ze pości. To jedyna sytuacja w której kłamie, ale wie ze dzięki temu mamie nie jest przykro). Bardzo lubi przyjmować do siebie gości z CS, bo lubi ''helping people'' Opowiada anegdotkę jak to kiedyś przyszedł do swojej babci mieszkającej w malej wiosce na wschodzie. Babcia, wyraźnie smutna, tylko raz pocałowała go na powitanie zamiast go wyściskać i wycałować jak zwykle.
-Babciu, czemu jesteś taka smutna?
-Mehmet, bo ja dzisiaj nie miałam żadnych gości...
Mówi, ze cieszy się ze urodził się i wychował w nalej wiosce ''w której jak ktoś kupi arbuza to dzieli na cztery i trzy części daje sąsiadom. Teraz w Polsce ja nawet nie znam swoich sąsiadów!''

Dogubayazit
Po pewnym czasie pojawiła się grupka czeskich studentów. Wieczorem Mehmet zabrał nas wszystkich na wzgórze, tuz nad pałacem İshaka Paşy. Reszta wieczoru minęła na rozmowach, jedzeniu arbuza i piciu piwa Efes.
W pewnym momencie Mehmet zaczął śpiewać. Kurdyjska pieśń brzmiała bardzo dziwnie dla europejskiego ucha. Nie umiem tego opisać, ale rytm i melodia były naprawdę zupełnie inne.

Po pewnym czasie zabrzmiał głos Muezina oznaczający początek Ramadanu. Rano w Kars nie sądziłem, ze pod koniec dnia będziemy go celebrować tuz przy osmańskim pałacu z grupka Czechow i Kurdem - Polakiem.

Mehmet o relacjach Kurdyjsko-Tureckich wypowiada się już znacznie mniej optymistycznie niż Abdullah i Arsen. jego zdaniem dużo czasu musi upłynąć zanim stosunki się unormują. Opowiada tez, ze gdy pierwszy raz poszedł do szkoły nie umiał ani słowa po Turecku. ''Ale to nie było tak, ze nauczyciel (Turek) przyszedł do mnie i powiedział >>Mehmet, słuchaj, mieszkasz w Turcji. To bardzo ważne żebyś mówił po Turecku. Proszę, naucz się.<< On od razu zaczął na mnie krzyczeć i bić. Tylko z Tego powodu! Moi rodzice nie mogliby pójść do nauczyciela i powiedzieć >>Hej! Czemu bijesz Mehmeta?!<< bo zaraz przyszłaby do nich policja i groziła aresztem. Teraz jest już inaczej, ale wciąż nie jest dobrze.''

Jednak podczas rozmowy przeważały wesołe tematy. Np. jak wygląda wejście na Ararat z grupa niemieckich emerytów a jak z fotografującymi każdy kamyk Japończykami. ''Musieliśmy wziąć dodatkowo dwa konie, tylko na ich sprzęt fotograficzny!''. Opowiadał tez o swoich pierwszych chwilach w Polsce. Pewnego razu mówi do zony:
-Słuchaj, jechałem tramwajem. Oni wszyscy z jakiegoś powodu wiedza ze jestem Kurdem!
-Niby czemu?
-Słyszę jak rozmawiają miedzy sobą! Ciągle mówią KURDE! KURDE!

Późnym wieczorem pożegnaliśmy się z Mehmetem, który musiał gdzieś iść.  Dziękowaliśmy mu za przysługę i umówiliśmy się na piwo w Spiżu jak wszyscy będziemy we Wrocławiu. Następnego dnia rano
İshak Paşa Sarayı i autostop do Van.
Wjeżdżamy w głąb tureckiego Kurdystanu.

Ishak Pasha Sarai

*Na wschodzie Turcji jak spotyka się, raz na kilka dni, zachodnich turystów to się idzie nimi przywitać... Nie do pomyślenia na zachodzie gdzie turystów jest chmara. Za transport do Ani 70 lir bym nie dal... Rozmawialiśmy z backpackersem, który mówi ze dojechał tam stopem.

**Uwielbia piwo z Wrocławskiego Spiża.