Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak dojechać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak dojechać. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 sierpnia 2012

IP- podróż powrotna, czyli JAK DOJECHAĆ ZE STAMBUŁU DO POLSKI


JAK DOJECHAĆ ZE STAMBUŁU DO POLSKI drogą lądową.

Istanbul- Kapikule
Cena 14,5 LT/os, granicę można przekroczyć pieszo. Najbliższa miejscowość (jest tam kolej) jest oddalona od granicy 15km, żeby się tam dostać trzeba łapać stopa, co akurat w tym miejscu do łatwych nie należy. Przed nami 2 chłopaków (rodaków) łapało stopa prosto do Polski i stali 27h. My staliśmy 60 min łapiąc stopa do Sofii (problemem było to, że byliśmy w 2 osoby, często pokazywali, że mogą zabrać tylko 1os). Zresztą do niej nie dojechaliśmy, trafiliśmy do Haskova. W Stambule można kupić bilet kolejowy bezpośrednio do Sofii lub bliższych miast w Bułgarii. Wtedy w cenie jest przejazd autobusem przez granicę do najbliższej stacji kolejowej w Bułgarii, my jednak postawiliśmy na stopa. I to chyba był błąd...
Haskovo- Plovdiv
Cena 6,20 BGN/os. Jeden pociąg dziennie jeździ do Sofii (ok 5:00-7:00). Do Plovdiv pociągi jeżdżą cały dzień.
Plovdiv- Ruse
Istnieją dwie opcje
1. Plovdiv- Sofia 20:31-22:50
    Sofia- Gorna Orjahovica 23:20-3:53
    Gorna Orjahovica- Ruse 5:08-7:25       Koszt: 29,4 BGN/os
2. Plovdiv- Stara Zagora 23:03- 09:01
    Stara Zagora- Ruse 10:55- 17:00          Koszt: 16,8 BGN/os
Z Ruse nie można przekroczyć granicy pieszo. My wzięliśmy taksówkę (10BGN) do mostu, a tuż przed mostem złapaliśmy stopa przez most (nie było to takie proste, ale w końcu ktoś się zlitował...), później kolejnego stopa do Bukaresztu. O 15:00 wyjeżdża pociąg do Bukaresztu z Ruse, o 13:00 autobus (chyba jest ich więcej) do Bukaresztu za 20BGN/os.
Bukareszt- Budapeszt
Dwa razy dziennie, o 14:30 i 19:00 jeżdżą pociągi bezpośrednie, które docierają po 13,5h (teoretycznie, bo nasz był nieźle spóźniony), cena 204,03 RON/os za miejsce siedzące, za kuszetkę 265RON/os. Nie ma sensu się bawić w kupowanie biletu do granicy, przejazdówki przez granicę i biletu od granicy, bo nie ma chyba żadnej różnicy w cenie, a miejsca są numerowane, więc nie wiadomo, czy nie zabrakłoby miejsca.
Budapeszt- Kraków
Autobus Orangeways (budynek naprzeciwko dworca PKS), cena 4800 HUF/os+ 5zł za bagaż. Inny przewoźnik to EuroLines, cena 4900 HUF/os. Bilety lepiej zarezerwować z wyprzedzeniem, bo jest na nie bardzo duże obłożenie.
Kraków- Wrocław
Link-Bus lub Lajkonik, cena 39zł/os (ze zniżką studencką chyba 32zł), jeździ kilka dziennie. Stanowczo odradzamy pociąg- 6h podróży, a tańszy ok 10zł.

Łączny koszt powrotu ze Stambułu do Wrocławia wyniósł 435zł na osobę (870zł za parę).

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Z Bukaresztu do Budapesztu w 24h



Po pełnym stresu dniu w Bułgarii dotarliśmy do długo wyczekiwanego Dunaju, oddzielającego Bułgarię od Rumunii. Najłatwiej byłoby nam wziąć autobus do Bukaresztu, ale odjazdy były dopiero po południu a my nie chcieliśmy czekać. Postanowiliśmy łapać stopa. Niestety, mostem przez Dunaj mogą jeździć tylko samochody, więc musieliśmy łapać tuż przed przejściem granicznym. Nie szło nam to dobrze, ale w końcu podwieźli nas turyści z Portugalii. 

Do Bukaresztu dojechaliśmy już stopem bez większego problemu. Powoli gonił nas czas, więc odpuściliśmy sobie przejazd przez Rumunię stopem, i kupiliśmy bilet na pociąg do Budapesztu. Mieliśmy cały dzień na zwiedzanie Bukaresztu. Stolica Rumunii nie wydawała nam się szczególnie ładna. Bez żalu wsiadaliśmy do pociągu relacji Bukareszt-Budapeszt, w którym mieliśmy spędzić noc. Mieliśmy duże szczęście. Mimo, że pociąg był cały zapełniony, obok nas były akurat wolne miejsca, co dawało możliwość snu. Po drugiej nocy w pociągu byliśmy bardziej wyspani niż można się spodziewać!

niedziela, 19 sierpnia 2012

Witajcie w UE! Dzień w Bułgarii


 Granicę z Turcji z UE przekroczyliśmy bez problemu. Nawet zostaliśmy poczęstowani cukierkami przez celników a osoby przeszukujące nasz plecak nie nalazły ani jednej paczki tytoniu do fajki wodnej, więc nie była to szczegółowa kontrola. 

Po stronie Bułgarii spotkaliśmy dwóch rodaków, którzy właśnie złapali na stopa TIRa do Polski. Krzyknęli tylko, że życzą nam więcej szczęścia bo oni czekali 27 godzin… 
Przejechanie Bułgarii nam też nie szło dobrze. Złapaliśmy stopa do Sofii, ale kierowca po jakimś czasie z niezależnego od niego powodu nie mógł jechać dalej…  Łapanie okazji na prowincji nie udało nam się. Po dłuższym czasie i dobrych kilku kilometrach na piechotę, znaleźliśmy zapuszczony dworzec. Dwoma pociągami regionalnymi dojechaliśmy do Plovdivu. 

Tam, próbowaliśmy dogadać się z panią z informacji w jaki sposób możemy dojechać do Rumunii, ale jak tylko podchodziliśmy łypała na nas z pode łba, dając nam do zrozumienia, że bardzo, bardzo jej przeszkadzamy i nie wyobraża sobie, jak możemy pytać ją o godziny odjazdu pociągów i ceny biletów. Raz nawet krzyknęła coś co musiało znaczyć „Sofia! Ruse! O całą Bulgarię pytają!”. 

Pomogła nam para Niemców. Z tego co mówili, mieszkają w Bułgarii na stałe a on jest korespondentem jakiejś niemieckiej gazety. Wypytali kasjerki o wszystko co nam było potrzebne a później… Zaproponowali, że podwiozą nas do Sofii… 

Cali szczęśliwi wsiedliśmy do ich samochodu. Niestety kolejne wydarzenie pokrzyżowało nasze plany. Po kilkunastu minutach mieliśmy wypadek. Całe szczęście, nic nikomu się nie stało, ale oba pojazdy były porządnie uszkodzone. O dalszej drodze nie mogło być mowy. Jako, że nasza obecność była tylko przeszkodą dla nowo poznanych znajomych, nie było rannych ani nic w czym mogliśmy pomóc, szybko pożegnaliśmy się i pobiegliśmy na dworzec. 

Ironią jest to, że wielokrotnie jeżdżąc po Gruzji z szalonymi Gruzinami wyprzedzającymi na piątego w nocy (liczyłem), albo po Turcji, gdzie było dużo lepiej, ale styl jazdy wciąż odbiegał od standardów bezpieczeństwa żadnego wypadku nie mieliśmy. A w pierwszym dniu na terenie Unii, jadąc samochodem prowadzonym przez wykształconego i poważnego Niemca…

Przez noc dojechaliśmy do Sofii. Rano byliśmy w Ruse nad Dunajem – granicą Rumunii. To był męczący dzień Podróży…
Z tego dnia w ogóle nie mamy zdjęć.

sobota, 18 sierpnia 2012

Stambuł cz. III - Orient Ekspres

W Mieście Miast spędziliśmy sześć dni. Opuszczaliśmy je z lekkim żalem i poczuciem niedosytu. Po pożegnaniu z gospodarzami wsiedliśmy w prom i po raz ostatni pożegnaliśmy Azję. Plecaki zostawiliśmy w boksach na dworcu i przeszliśmy się jeszcze po Taksim i okolicach. Jak pisze Cegielski w „Oku Świata” Stambuł to soczewka skupiająca w jednym miejscu problemy współczesnej Turcji. Wystarczyłoby spędzić tu więcej czasu żeby dogłębnie poznać tutejsze społeczeństwo. Nie da się tego niestety zrobić w jeden tydzień.
Po południu wsiedliśmy w pociąg do Kapikule na granicy z Bułgarią. Na tym samym peronie i tymi samymi torami jechał niegdyś Orient Ekspres!
W Kapikule, gdzie dojechaliśmy po zmierzchu i nerwowo rozglądaliśmy się za miejscem na namiot, Turcja mile nas pożegnała. Pracownik stacji, zapytał się czy czegoś nie potrzebujemy i wskazał nam miejsce gdzie możemy rozbić namiot na terenie dworca. Robił to tak, jakby całkowicie oczywistym było, że można rozbić się na trawniku przed głównym wejściem na stację. Przecież poza stacją będzie mniej bezpiecznie! W oddali widać już było granicę z Unią Europejską. I granicę najciekawszej części naszej Podróży.

czwartek, 26 lipca 2012

Boski Nemrut



Słodko...
Nemrut Dagi (nie mylić z wulkanem Nemrut Dagi) to jedna z najsłynniejszych (niestety) atrakcji turystycznych Turcji. Na szczycie tej góry znajdują się słynne, tajemnicze posągi. W telegraficznym skrócie:
Dawno, dawno temu, był sobie wielki król. Król stwierdził, że skoro jest taki wielki, to zetnie sobie wierzchołek góry, ze skał wyrzeźbi ogromne posągi bogów oraz swoją podobiznę i zasypie to wszystko żwirem tworząc szczyt wyższy niż był poprzednio. Współcześni historycy i charakterolodzy ryzykują tezę, że był megalomanem…
Wielkie głowy!
By dostać się na Nemrut, dojechaliśmy z Urfy do Adiyamanu. Tam, jak to czasem się zdarza, panowie piekarze nie zrozumieli o co nam chodzi, o co chodzi w tym „otostopie” i zawieźli nas na przystanek Dolmusza jadącego do Kahty. Chcieliśmy im wytłumaczyć, że bardzo im dziękujemy, ale wolimy przejść się piechotą kawałek i nie płacić za transport. Doszło do tego, że mimo naszych licznych i stanowczych protestów, to oni kupili nam bilet i wsadzili do busa… Głupio się z tym czuliśmy, bo ostatnie czego chcieliśmy, to żeby jakiś biedny Turek kupował nam bilety, nawet jeśli w sumie kosztowały tylko 20zł…
W Kahcie chwilę po wyjściu z autobusu zorientowaliśmy się, że czegoś nam brakuje… Zostawiliśmy w dolmusu naszą jedyną mapę Turcji! Po sprincie na dworzec i dogadaniu się z panem sprzedającym bilety (Wyobraźcie sobie, jak trudno powiedzieć „zostawiłem mapę w autobusie jadącym z Adimanu” używając tylko body language!) przyjechał do nas właściciel firmy przewozowej, zawiózł do miejsca gdzie stał autobus i wręczył naszą mapę. Miło, z jego strony, prawda? To kolejny dowód na to, że Turcy uprzejmością i chęcią pomocy przewyższają europejskie nacje…
Wschód słońca
Z wejściem na górę Nemrut było tak, jak z wejściem na wulkan. W momencie, w którym odechciało nam się wspinać pod górę, przejeżdżał samochód, który OCZYWIŚCIE z chęcią nas podwiózł. Na górze, pracownicy raczej drogiego hotelu powiedzieli, że możemy za darmo rozbić się namiotem obok.
"widok z okna"
Rozbiliśmy się w samą porę, bo jeszcze załapaliśmy się na ostatnie promienie zachodzącego słońca przy słynnych posągach. Było tam oczywiście sporo innych osób, ale nikt chyba nie zostawał na noc. Rano wstaliśmy wcześnie, by zobaczyć wschód słońca. Czekało na niego około stu osób. W momencie, gdy tarcza słońca wyłoniła się zza horyzontu, ze wszystkich japońskich piersi rozległo się gromkie ŁOOOOOOOOO!!!!! Tak dla nich typowe… Widok jest rzeczywiście piękny. Ale powiedziałbym, że nie był to najpiękniejszy widok naszej Podróży. Z innych wzgórz i gór we wschodnich rejonach Turcji na pewno jest tak samo ładny. Wydaje mi się, że góra Nemrut jest popularna przede wszystkim dla tego, że da się dojechać samochodem na sam szczyt. A ponadto łatwo można sobie wykupić wycieczkę na wschód lub zachód słońca*… I kupić w hotelu miniaturkę posągów…  łatwo… kupić… drogo… łatwo!!!



*W Lonely Planet piszą, że kosztuje ona kilkadziesiąt euro na osobę! To jakiś absurd! Naszymi studenckimi siłami udało się koszt obniżyć do 0 euro…

piątek, 13 lipca 2012

IP- Swanetia

Dojazd
Koszt marszrutek: Tbilisi- Zugdidi 15GEL, Zugdidi-Mestia- miejsce w marszrutce 15GEL po stargowaniu z 20 GEL lub kierowca zaproponował kurs marszrutki za 120GEL (pojechaliśmy w 8 osób, więc wyszło po 15GEL/os). Z Mestii z okolic głównego placu do Zugdidi marszrutki odjeżdżają rano co godzinę od 7:00, po południu rzadziej.
Transport w Swanetii
Można wynająć mitsubishi/jeep za 150 GEL/4os, który dowiezie nas do Ushguli i tam na nas poczeka, żeby wrócić. Można też pogadać z kierowcą marszrutki, który będzie wiózł nas z Zugdidi do Mestii, czy nie pojechałby do Ushguli. Nam sam to zaproponował i zaproponował 200GEL (20GEL/os).
Jeśli chciałoby się wrócić z Ushguli samochodem, to najlepiej nie szukać w samym Ushguli, za wynajęcie samochodu z kierowcą zapłaci się tu 150-200GEL. Lepiej dojść do np Vichnashi, tam za wynajęcie samochodu proponowano nam już tylko 50 GEL. Po drodze można łapać wracające jeepy/mitsubishi, nam udało się taki złapać gdzieś za Vichnashi i zapłaciliśmy 10 GEL za 2 osoby. Czasem się zdarza, że jakaś marszrutka przywiezie turystów do Ushguli i ma wracać tego samego dnia niezależnie od wypełnienia, a nie wszyscy turyści wracają. W takiej marszrutce miejsce kosztuje 20GEL.
Informacja turystyczna
W Mestii otwarta 10-19
Sklepy
W Mestii jest ich dość dużo, są małe i droższe niż normalnie, konserwy osiągają niebotyczne sumy.

OPIS TRASY MESTIA - USHGULI
Trasa Mestia- Zhabeshi
W Mestii nocowaliśmy na tuż za miastem na początku szlaku prowadzącego pod lodowiec Ushby (namiot: 43° 02.950’N 042° 43.072’E). W mieście stoją tablice z mapami, dzięki nim można znaleźć drogę.
Idąc do Zhabeshi z centrum kierujemy się ulicą w stronę lotniska. Po przejściu dość nowoczesnego mostu, za posterunkiem policji, skręcamy w prawo. Idziemy cały czas drogą asfaltową, która po pewnym czasie przechodzi w szutrową, a potem w wyboisto-kamienistą. Lepiej co jakiś czas pytać się ludzi, ale zaznaczać, że chodzi o drogę turystyczną- "maszinu niet". Droga ta po dłuższym czasie będzie kończyła się jakimś gospodarstwem (posesją), której strzegą uzbrojeni po zęby żołnierze. Wtedy odbijamy w prawo ostro pod górę. Idziemy długo wydeptaną ścieżką. W okolicach rzeki niektóre ścieżki mylnie nad nią prowadzą, my kierujemy się w górę na współrzędne 43° 03.812’N 042° 46.176’E. Po przejściu przez grań widzimy dolinę z wioskami, trasa biegnie po stokach, jakoś w połowie ich wysokości. Dopiero gdy zobaczymy stację meteorologiczną strzałki szlaku kierują nas w dół do wiosek (czyli NIE należy iść dalej po stoku!). Przechodzimy przez różne wioski, później mostem na drugą stronę  rzeki i znowu wiochy. Szlak jest oznaczony beznadziejnie, pytaliśmy więc tubylców. Tuż za kościółkiem w Chvabiani mieszkańcy kierują ostro w górę na Adishi. My rozbiliśmy się tu 43° 02.394’N 042° 51.450’E.
Trasa Zhabeshi- Adishi
Droga niby jest oznaczona szlakiem, ale zgubić go tak łatwo, że bez GPSa i mapy z nim kompatybilnej (kupiliśmy taką papierową w Geolandzie) lepiej się tam nie wybierać. Nie ma trudności technicznych na trasie, ale pogoda może się nagle załamać i można się pogubić. Są oczywiście osoby, które tak idą, ale fakt że docierają do celu zawdzięczają osobom, które spotykają po drodze. Gorzej, jakby ich nie spotkały...
My zgubiliśmy szlak już na samym początku, tak przynajmniej nam się wydaje. Żeby dojść do Adishi trzeba przejść na drugą stronę pasma górskiego i dostać się do kolejnej doliny. Ta część trasy wiedzie przez pastwiska, niskie lasy i rododendronową kosodrzewinę. Przed Adishi wychodzi się na łąki, którymi ostro schodzi się w dół do doliny.
Trasa Adishi- Ushguli
Wyjście z Adishi na dalszą trasę ma współrzędne 42° 59.775’N 042° 54.912’E. Z Adishi trasa biegnie przez strumień i rzekę. Pierwszy strumień płynie tuż przy wyjściu z wioski, można przejść przez niego prawie suchą nogą (chociaż zależne jest to od opadów i temperatury). Dalej idziemy wzdłuż rzeki Adiskchala, która wypływa z lodowca. Dochodzimy do brodu o współrzędnych 42° 59.101’N 042° 58.263’E (spisane z GPSa, powinno być z dokładnością do +/- 20m. ale nie chcę za nic ręczyć), który znajduje się całkiem niedaleko lodowca Adishi. Stan wody zależny jest bardziej od temperatury niż opadów (tzn. im cieplej tym wyższy poziom rzeki), jednak na pewno nie będzie się dało przejść rzeki suchą nogą. Woda sięga do łydek- kolan, mimo że w wiosce przekonywali nas, że woda sięga piersi. Prąd jest wartki, ale spokojnie do pokonania. Można przejść w butach (tak, zamoczą się. Ale jak się jest po 2 dniach chodzenia w deszczu, to różnicy nie będzie), można na boso. Jeśli nie chce się moczyć, to w Adishi można wypożyczyć konia (wraz z Panem przewodnikiem), który pomoże przeprawić się przez rzekę. Nie ma co się pytać w wiosce, jak głęboka jest woda, bo i tak dostanie się odpowiedź, że balszoj. Tuż przy Adishi poziom rzeki jest wyższy niż przy brodzie. Po drodze mija się sporo strumieni zasilających nurt, a jako że idziemy w górę rzeki, to wody jest coraz mniej.
Po przejściu przez rzekę jest niezbyt długie podejście (ok 450m przewyższenia) (punkt na ścieżce prowadzącej w górę: 42° 59.023’N 042° 58.515’E), które prowadzi nas na grań. Nie poruszamy się w ogóle granią, przekraczamy ją (przejście Chkhunderi od czerwca do stycznia) tylko i schodzimy w dół do najbliższej doliny. Poruszając się wzdłuż rzeki i ciągle schodząc dochodzimy do Iprali.
Z Iprali do Ushguli przeszliśmy po drodze dla samochodów. Jest ponoć ścieżka w lesie, lecz bardzo trudno ją odnaleźć. Trasa zajmuje 3 godziny po płaskim z jednym ostrzejszym, ale bardzo krótkim podejściem.
Noclegi
W każdej z wiosek można znaleźć nocleg u mieszkańców. W Mestii i Ushguli (Iprali najpewniej też) można liczyć na trochę lepsze warunki, czyli łóżko i pościel. W Zhabeshi, Adishi możliwe, że nocleg to po prostu miejsce na podłodze pod dachem, jakiś materac/ mata i koc. Rozbijać się namiotem można wszędzie, lepiej trochę dalej od zabudowań. Jedyne miejsce, gdzie płaciliśmy za nocleg to było Ushguli (30GEL/os z wyżywieniem). Miejsca ani nie polecamy, ani nie odradzamy, więc nie podajemy namiarów.
Jedzenie
W cenę noclegu z reguły wliczony jest koszt wyżywienia, ale trzeba się upewnić. Ser i chleb można kupić chyba w każdej wiosce, na pewno w Adishi. Co ciekawsze, cena nie jest wygórowana, równa tej w miastach (chyba jeszcze nie rozumieją, czym jest turystyka).
Podsumowanie czasowe
Trasa rozpisana jest oficjalnie na 4 dni (M->Z, Z->A, A->I, I->U). My zrobiliśmy ją w 3 dni (M->Z 7,5h, Z->A 6h, A->U 11h). Jeśli by się uprzeć, to można ją zrobić w 2 dni, ale będzie to dość męczące. I jedzenia trzeba mieć i tak więcej, może się przydać w wypadku zgubienia drogi lub załamania pogody.
Mapa
Korzystaliśmy z bardzo dobrej mapy kupionej w Geolandzie w Tbilisi. Więcej w kolejnym poście: IP-Mapa Swanetii

Powrót do Mestii



Pożegnanie Ushguli
Powrót z Ushguli do Mestii może być trudny lub drogi. W „Lonely Planet” pisali o bajońskich sumach za wynajęcie jeepa (zdaje się, że było to 150-200lari), więc założenia wybraliśmy pierwszą opcję…  
Rozpoczęliśmy miły spacer w kierunku Mestii, który powinien zająć ponad jeden dzień drogi.
Po krótkim czasie zatrzymał się przy nas jadący w przeciwną stronę policyjny samochód i powiedział, że może nas zabrać do Mestii  (za darmo) jak będzie wracał około 14:00. Bardzo się ucieszyliśmy, ale postanowiliśmy przejść się spacerkiem, żeby nie czekać bezczynnie kilku godzin (i nie ufać w 100% miłym, ale niesłownym Gruzinom…). 
Droga Ushguli - Mestia
Już w Iprali proponowano nam podwiezienie do Mestii za 25lari/os a kilka km. dalej zatrzymał się busik. Chciałem go spławić, licząc jeszcze na policjanta (była już 16:00 czy 17:00, czyli kilka godzin po umówionym czasie spotkania…), więc zaproponowałem absurdalnie niską kwotę 5 lari/os. Kierowca się zgodził!
Jeśli ktoś ma szczęście, to w Ushguli może spotkać dużą marszrutkę, która została wynajęta przez jakąś grupę. Wtedy można nią wrócić za 20lari/os. Co do policjanta, to być może jeździ on na tej trasie codziennie?

Więcej informacji praktycznych o Swanetii w poście: IP-Swanetia 

czwartek, 12 lipca 2012

Ushguli

Jeśli przyjąć, że Ushguli znajduje się w Europie, jest najwyżej położoną w niej wioską (2200 mnpm).  Jest podobne do Adishi, tylko większe i jeżeli chodzi o średniowieczną architekturę, jest bardziej imponujące. Świetne miejsce dla fotografa. Ushguli, jako, że jest „naj..” jest niestety bardzo turystyczne. Codziennie przyjeżdżają tu busiki 4x4 z turystami. Jest tu około 10 muzeów etnograficznych i dużo guesthousów. Nie mniej, miejsce jest bardzo piękne i  niezwykłe. Charakterystyczne dla Swanetii kamienne wierze stoją tu niemal przy każdej zagrodzie, świnie biegają po błotnistych ścieżkach między zabudowaniami  a w oddali widać wysokie szczyty. Popularną trasą jest dojście z wioski do lodowca. Polecam jednak zamiast tego wdrapać się na któryś z okolicznych szczytów. Warunkiem czystego nieba i pięknego widoku na pobliskie pięciotysięczniki, jest wyjście bardzo wcześnie rano. Już przed południem pojawiają się chmury. My wyszliśmy o 5:30, ale można nawet później. Z tego co wiem, niema żadnego szlaku prowadzącego na szczyt. Jednak cały czas widać go przed sobą a idzie się po trawiastym zboczu, więc wejście nie powinno nastręczać trudności. Widok na potężne, ośnieżone olbrzymy w otoczeniu niższych, przesyconych zielenią szczytów jest naprawdę spektakularny i niezapomniany. Charakterystyczny krajobraz  Kaukazu Wysokiego. Piękny widok musiał rozpościerać się przed przykutym gdzieś w tych okolicach Prometeuszem…

Więcej informacji praktycznych o Swanetii w poście: IP-Swanetia 

niedziela, 8 lipca 2012

Karpacz Kaukazu

Widok na Ushbę w drodze do Mestii
Swoją przygodę z dziką Swanetią rozpoczęliśmy w Mestii, planując treking od Mestii do Ushguli. Jeśli ktoś w Mestii szuka ucieczki od cywilizacji, to jej tutaj nie znajdzie (całe szczęście byliśmy tego świadomi). Mieszkańcy są już z turystyką (prawie*) za pan brat. W Mestii można znaleźć dziesiątki guesthouseów i  informację turystyczną, niema też problemu transportem do Zugdidi. W 2012 roku Mestia była cała rozkopana i remontowana, więc można przypuszczać, że niedługo będzie wyglądać jak ładny kurorcik, kaukaski Karpacz.

*Kartusze z gazem, znaczki, pocztówki były w Mestii nie do dostania, chociaż popyt byłby olbrzymi; W sklepach sprzedawcy patrzą bykiem i wcale a wcale nie chcą udawać miłych…

 Poglądowa mapka Swanetii do pobrania 
TUTAJ

Więcej informacji praktycznych o Swanetii w poście: IP-Swanetia