Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lipca 2012

IP- Nemrut Dagi National Park

Dojazd

Dolmus z miasta Kahta do wioski Karadut, 4LT/os. Kilometr od ostatniego w wiosce pensjonatu znajduje się budka do pobierania opłat za wstęp do Parku Narodowego. Od niej jest jeszcze 8 kilometrów na szczyt. Długo i pod górkę. Polecamy stopa.

Bilet
8LT/os, nam udało się wydębić studencki 4LT/os.
Nocleg
Tuż pod szczytem jest parking i kawiarnio-restauracja, gdzie można także wynająć pokój do spania. Można rozbić się za free, wypada zapytać o miejsce. Toaleta płatna 1LT. W sklepiku wszystko strasznie drogie.

czwartek, 26 lipca 2012

Boski Nemrut



Słodko...
Nemrut Dagi (nie mylić z wulkanem Nemrut Dagi) to jedna z najsłynniejszych (niestety) atrakcji turystycznych Turcji. Na szczycie tej góry znajdują się słynne, tajemnicze posągi. W telegraficznym skrócie:
Dawno, dawno temu, był sobie wielki król. Król stwierdził, że skoro jest taki wielki, to zetnie sobie wierzchołek góry, ze skał wyrzeźbi ogromne posągi bogów oraz swoją podobiznę i zasypie to wszystko żwirem tworząc szczyt wyższy niż był poprzednio. Współcześni historycy i charakterolodzy ryzykują tezę, że był megalomanem…
Wielkie głowy!
By dostać się na Nemrut, dojechaliśmy z Urfy do Adiyamanu. Tam, jak to czasem się zdarza, panowie piekarze nie zrozumieli o co nam chodzi, o co chodzi w tym „otostopie” i zawieźli nas na przystanek Dolmusza jadącego do Kahty. Chcieliśmy im wytłumaczyć, że bardzo im dziękujemy, ale wolimy przejść się piechotą kawałek i nie płacić za transport. Doszło do tego, że mimo naszych licznych i stanowczych protestów, to oni kupili nam bilet i wsadzili do busa… Głupio się z tym czuliśmy, bo ostatnie czego chcieliśmy, to żeby jakiś biedny Turek kupował nam bilety, nawet jeśli w sumie kosztowały tylko 20zł…
W Kahcie chwilę po wyjściu z autobusu zorientowaliśmy się, że czegoś nam brakuje… Zostawiliśmy w dolmusu naszą jedyną mapę Turcji! Po sprincie na dworzec i dogadaniu się z panem sprzedającym bilety (Wyobraźcie sobie, jak trudno powiedzieć „zostawiłem mapę w autobusie jadącym z Adimanu” używając tylko body language!) przyjechał do nas właściciel firmy przewozowej, zawiózł do miejsca gdzie stał autobus i wręczył naszą mapę. Miło, z jego strony, prawda? To kolejny dowód na to, że Turcy uprzejmością i chęcią pomocy przewyższają europejskie nacje…
Wschód słońca
Z wejściem na górę Nemrut było tak, jak z wejściem na wulkan. W momencie, w którym odechciało nam się wspinać pod górę, przejeżdżał samochód, który OCZYWIŚCIE z chęcią nas podwiózł. Na górze, pracownicy raczej drogiego hotelu powiedzieli, że możemy za darmo rozbić się namiotem obok.
"widok z okna"
Rozbiliśmy się w samą porę, bo jeszcze załapaliśmy się na ostatnie promienie zachodzącego słońca przy słynnych posągach. Było tam oczywiście sporo innych osób, ale nikt chyba nie zostawał na noc. Rano wstaliśmy wcześnie, by zobaczyć wschód słońca. Czekało na niego około stu osób. W momencie, gdy tarcza słońca wyłoniła się zza horyzontu, ze wszystkich japońskich piersi rozległo się gromkie ŁOOOOOOOOO!!!!! Tak dla nich typowe… Widok jest rzeczywiście piękny. Ale powiedziałbym, że nie był to najpiękniejszy widok naszej Podróży. Z innych wzgórz i gór we wschodnich rejonach Turcji na pewno jest tak samo ładny. Wydaje mi się, że góra Nemrut jest popularna przede wszystkim dla tego, że da się dojechać samochodem na sam szczyt. A ponadto łatwo można sobie wykupić wycieczkę na wschód lub zachód słońca*… I kupić w hotelu miniaturkę posągów…  łatwo… kupić… drogo… łatwo!!!



*W Lonely Planet piszą, że kosztuje ona kilkadziesiąt euro na osobę! To jakiś absurd! Naszymi studenckimi siłami udało się koszt obniżyć do 0 euro…

niedziela, 22 lipca 2012

IP- Nemrut wulkan

Dojazd
W Tatvan wsiaść w dolmus (koszt 1LT), który jedzie w kierunku Sanayi i poprosić o wysadzenie przy drodze na Nemrut Dagi. Będzie tam drogowskaz na Nemrut. Droga jest długa i jest naprawdę upalnie, więc wejście zajęłoby pewnie cały dzień (dystans to ok 26 km: 16km do krateru+ 10km do jeziorek ciepłego i dużego).
Nocleg
Istnieją dwa campingi: jeden przy ciepłym,  drugi przy dużym jeziorze, 10LT/os. Nie oferują nic prócz herbaty. Jest tam też czyściej, niż w okolicznych krzakach. Namioty są tam może trochę bezpieczniejsze, niż gdyby ukryć je gdzieś wśród drzewek. Ale jeśli nie jest się tam w weekend, to prawie nie ma tam ludzi.
Trasa na szczyt
O ile wchodzi się nie najgorzej, to zejście jest tragiczne i niebezpieczne. Schodzi się bowiem po żwirze i kamieniach, które osuwają się razem ze schodzącym, wydaje się, jakby się płynęło po zaspach śniegu. Męczące i siadają kolana. Byłam bliska napisania, że gra niewarta świeczki, ale to nie byłaby prawda.
Żeby wejść na grań, trzeba iść na wschód drogą dla samochodów koło ciepłego jeziorka i zejść z niej, jak będzie ostro skręcała, żeby otoczyć jeziorko. Dalej trzeba iść ciągle na wschód, przejść przez piarg i za nim zacząć piąć się pod górę. Granią idziemy ciągle na zachód i w pierwszym miejscu, w którym nie będzie kilkumetrowej ściany, zaczynamy schodzić ostro w dół w kierunku jeziora. Po dojściu do jeziora można iść ciągle brzegiem na wschód aż dojdzie się do campingu.

sobota, 21 lipca 2012

Wulkan



Po objechaniu ogromnego, słonego jeziora Van, dostaliśmy się do miasteczka Tatvan. Zamierzaliśmy  dostać się stąd na wulkan Nemrut Dagi (nie mylić z górą Nemrut Dagi, kilkaset km na zachód…) Także tutaj spotkała nas miła niespodzianka. Gdy robiliśmy zakupy w sklepie, ktoś spytał czy jesteśmy z Polski.  Pięćdziesięcioletni pracujący w turystyce rozpoznał nasz język. Na wstępie zaznaczył, że jest właścicielem kempingu na Nemrucie i… że śpimy tam za darmo! Dzisiaj wieczorem nas odwiedzi a my go w zamian nakarmimy, po całym dniu postu. Tylko na wschodzie Turcji coś takiego może się zdarzyć! Wszędzie indziej zaproponowano by nam „special price”.

Dojechaliśmy dolmuszem pod wulkan i zaczęliśmy wchodzić pod górę asfaltową drogą. Na znaku drogowym było napisane, że przed nami 20km. Żar padający z nieba sprawiał, że wędrówka była bardzo uciążliwa, i znudziła nam się wyjątkowo szybko... Niby małe nachylenie i asfalt a pot lał się z nas strumieniami.  To nie to samo co chodzenie w polskich górach, nawet w lecie… Mięliśmy jednak szczęście, bo udało nam się złapać stopa! Wulkan jest miejscem weekendowych wypadów okolicznych mieszkańców, więc złapanie stopa jest możliwe (ale chyba tylko w sobotę lub niedzielę). Po pewnym czasie ukazał nam się piękny widok na krater (50km obwodu) i na jeziora wewnątrz niego. 

Na miejscu są dwa campingi. Jeden przy największym drugi przy mniejszym jeziorze. Żaden z nich niema wiele do zaoferowania, ponieważ oba składają się z… budki do pobierania opłat i niczego ponadto! Niema nawet najprostszej latryny! Na pewno byśmy się tam nie rozbili, gdyby nie chęć spotkania się z nowym znajomym.  Jest tam wiele ładnych miejsc na namiot a biwakowanie w całej Turcji jest legalne i całkowicie akceptowane.  

W samym kraterze jest aż pięć jezior. Miejscowi mówią, że woda z największego nadaje się do picia. Osobiście bym tego nie polecał, bo widziałem w niej wiele glonów a smakuje jak zwykła „jeziorzanka”. Moim zdaniem trzeba ją przegotować lub wrzucić tabletki odkażające.  Przy mniejszym i trochę brudniejszym jeziorku są źródła termalne. Temperatura w nich to na oko powyżej 40oC – parzy! 

Wieczorem przyjechał do nas nasz znajomy. Nie mówił dobrze po angielski ale dało się z nim porozumieć bez problemu. Jest Kurdem, kawalerem. Ma piętnaścioro rodzeństwa! Z zegarkiem czekał na koniec kolejnego dnia Ramadanu by zacząć jeść, ale ku mojemu zdziwieniu zjadł bardzo mało. Mówił, że mu smakuje, ale że po całym upalnym dniu najbardziej potrzebuje wody. Głód nie jest największym problemem. 

By wejść na szczyt wulkanu (około 3000mnp.) wspinaliśmy się kilka godzin po stromym zboczu. Było to o tyle trudne, że w dużej mierze szliśmy po żwirze, który się osuwał. Zejście było jeszcze bardziej uciążliwe. Podobno jest jakaś inna droga, ale nam nie udało się jej znaleźć. Cały ten trud zrekompensował rozległy widok na olbrzymi krater. Nie do opisania!


sobota, 14 lipca 2012

IP - Mapa Swanetii



Zamieszczam do ściągnięcia skany fragmentów mapy Swanetii, z której korzystaliśmy na trasie Mestia-Ushguli. Mapa naszym zdaniem jest bardzo dobra, współrzędne są kompatybilne z systemem GPS i można na niej nawigować. Sprawdziliśmy to na własnej skórze wielokrotnie gubiąc szlak.

Skany ani ich wydruk w żadnym wypadku nie zastąpią prawdziwej mapy. Zamieszczam je, żeby można było lepiej przygotować się do wyprawy i podjąć decyzję o wyborze mapy już przed wyjazdem. Nie trzeba tracić czasu na miejscu. 

Mapę kupić można w Geolandzie w Tbilisi (najlepiej wcześniej zamówić, bo bywają problemy z dostępnością). Koszt w 2012 roku to 20Gel. Ta mapa jest warta swojej ceny (w przeciwieństwie do wielu innych gruzińskich map…)

Pliki należy usunąć z komputera w ciągu 24h od ściągnięcia.

 


















Dodatkowo darmowa mapka poglądowa ściągnięta ze strony informacji turystycznej w Swanetii, link już się w jakimś poście pojawił:






Radzieckie mapy topograficzne Gruzji 1:100 000, my z nich nie korzystaliśmy:

(można tu też ściągnąć przewodniki po Gruzji i Turcji w pliku pdf)






Internetowa mapa Geolandu, moje najnowsze odkrycie, wygląda na bardzo, bardzo dokładną:
Geoland
Można ustawić widok mapy drogowej, fizycznej i innych.

piątek, 13 lipca 2012

IP- Swanetia

Dojazd
Koszt marszrutek: Tbilisi- Zugdidi 15GEL, Zugdidi-Mestia- miejsce w marszrutce 15GEL po stargowaniu z 20 GEL lub kierowca zaproponował kurs marszrutki za 120GEL (pojechaliśmy w 8 osób, więc wyszło po 15GEL/os). Z Mestii z okolic głównego placu do Zugdidi marszrutki odjeżdżają rano co godzinę od 7:00, po południu rzadziej.
Transport w Swanetii
Można wynająć mitsubishi/jeep za 150 GEL/4os, który dowiezie nas do Ushguli i tam na nas poczeka, żeby wrócić. Można też pogadać z kierowcą marszrutki, który będzie wiózł nas z Zugdidi do Mestii, czy nie pojechałby do Ushguli. Nam sam to zaproponował i zaproponował 200GEL (20GEL/os).
Jeśli chciałoby się wrócić z Ushguli samochodem, to najlepiej nie szukać w samym Ushguli, za wynajęcie samochodu z kierowcą zapłaci się tu 150-200GEL. Lepiej dojść do np Vichnashi, tam za wynajęcie samochodu proponowano nam już tylko 50 GEL. Po drodze można łapać wracające jeepy/mitsubishi, nam udało się taki złapać gdzieś za Vichnashi i zapłaciliśmy 10 GEL za 2 osoby. Czasem się zdarza, że jakaś marszrutka przywiezie turystów do Ushguli i ma wracać tego samego dnia niezależnie od wypełnienia, a nie wszyscy turyści wracają. W takiej marszrutce miejsce kosztuje 20GEL.
Informacja turystyczna
W Mestii otwarta 10-19
Sklepy
W Mestii jest ich dość dużo, są małe i droższe niż normalnie, konserwy osiągają niebotyczne sumy.

OPIS TRASY MESTIA - USHGULI
Trasa Mestia- Zhabeshi
W Mestii nocowaliśmy na tuż za miastem na początku szlaku prowadzącego pod lodowiec Ushby (namiot: 43° 02.950’N 042° 43.072’E). W mieście stoją tablice z mapami, dzięki nim można znaleźć drogę.
Idąc do Zhabeshi z centrum kierujemy się ulicą w stronę lotniska. Po przejściu dość nowoczesnego mostu, za posterunkiem policji, skręcamy w prawo. Idziemy cały czas drogą asfaltową, która po pewnym czasie przechodzi w szutrową, a potem w wyboisto-kamienistą. Lepiej co jakiś czas pytać się ludzi, ale zaznaczać, że chodzi o drogę turystyczną- "maszinu niet". Droga ta po dłuższym czasie będzie kończyła się jakimś gospodarstwem (posesją), której strzegą uzbrojeni po zęby żołnierze. Wtedy odbijamy w prawo ostro pod górę. Idziemy długo wydeptaną ścieżką. W okolicach rzeki niektóre ścieżki mylnie nad nią prowadzą, my kierujemy się w górę na współrzędne 43° 03.812’N 042° 46.176’E. Po przejściu przez grań widzimy dolinę z wioskami, trasa biegnie po stokach, jakoś w połowie ich wysokości. Dopiero gdy zobaczymy stację meteorologiczną strzałki szlaku kierują nas w dół do wiosek (czyli NIE należy iść dalej po stoku!). Przechodzimy przez różne wioski, później mostem na drugą stronę  rzeki i znowu wiochy. Szlak jest oznaczony beznadziejnie, pytaliśmy więc tubylców. Tuż za kościółkiem w Chvabiani mieszkańcy kierują ostro w górę na Adishi. My rozbiliśmy się tu 43° 02.394’N 042° 51.450’E.
Trasa Zhabeshi- Adishi
Droga niby jest oznaczona szlakiem, ale zgubić go tak łatwo, że bez GPSa i mapy z nim kompatybilnej (kupiliśmy taką papierową w Geolandzie) lepiej się tam nie wybierać. Nie ma trudności technicznych na trasie, ale pogoda może się nagle załamać i można się pogubić. Są oczywiście osoby, które tak idą, ale fakt że docierają do celu zawdzięczają osobom, które spotykają po drodze. Gorzej, jakby ich nie spotkały...
My zgubiliśmy szlak już na samym początku, tak przynajmniej nam się wydaje. Żeby dojść do Adishi trzeba przejść na drugą stronę pasma górskiego i dostać się do kolejnej doliny. Ta część trasy wiedzie przez pastwiska, niskie lasy i rododendronową kosodrzewinę. Przed Adishi wychodzi się na łąki, którymi ostro schodzi się w dół do doliny.
Trasa Adishi- Ushguli
Wyjście z Adishi na dalszą trasę ma współrzędne 42° 59.775’N 042° 54.912’E. Z Adishi trasa biegnie przez strumień i rzekę. Pierwszy strumień płynie tuż przy wyjściu z wioski, można przejść przez niego prawie suchą nogą (chociaż zależne jest to od opadów i temperatury). Dalej idziemy wzdłuż rzeki Adiskchala, która wypływa z lodowca. Dochodzimy do brodu o współrzędnych 42° 59.101’N 042° 58.263’E (spisane z GPSa, powinno być z dokładnością do +/- 20m. ale nie chcę za nic ręczyć), który znajduje się całkiem niedaleko lodowca Adishi. Stan wody zależny jest bardziej od temperatury niż opadów (tzn. im cieplej tym wyższy poziom rzeki), jednak na pewno nie będzie się dało przejść rzeki suchą nogą. Woda sięga do łydek- kolan, mimo że w wiosce przekonywali nas, że woda sięga piersi. Prąd jest wartki, ale spokojnie do pokonania. Można przejść w butach (tak, zamoczą się. Ale jak się jest po 2 dniach chodzenia w deszczu, to różnicy nie będzie), można na boso. Jeśli nie chce się moczyć, to w Adishi można wypożyczyć konia (wraz z Panem przewodnikiem), który pomoże przeprawić się przez rzekę. Nie ma co się pytać w wiosce, jak głęboka jest woda, bo i tak dostanie się odpowiedź, że balszoj. Tuż przy Adishi poziom rzeki jest wyższy niż przy brodzie. Po drodze mija się sporo strumieni zasilających nurt, a jako że idziemy w górę rzeki, to wody jest coraz mniej.
Po przejściu przez rzekę jest niezbyt długie podejście (ok 450m przewyższenia) (punkt na ścieżce prowadzącej w górę: 42° 59.023’N 042° 58.515’E), które prowadzi nas na grań. Nie poruszamy się w ogóle granią, przekraczamy ją (przejście Chkhunderi od czerwca do stycznia) tylko i schodzimy w dół do najbliższej doliny. Poruszając się wzdłuż rzeki i ciągle schodząc dochodzimy do Iprali.
Z Iprali do Ushguli przeszliśmy po drodze dla samochodów. Jest ponoć ścieżka w lesie, lecz bardzo trudno ją odnaleźć. Trasa zajmuje 3 godziny po płaskim z jednym ostrzejszym, ale bardzo krótkim podejściem.
Noclegi
W każdej z wiosek można znaleźć nocleg u mieszkańców. W Mestii i Ushguli (Iprali najpewniej też) można liczyć na trochę lepsze warunki, czyli łóżko i pościel. W Zhabeshi, Adishi możliwe, że nocleg to po prostu miejsce na podłodze pod dachem, jakiś materac/ mata i koc. Rozbijać się namiotem można wszędzie, lepiej trochę dalej od zabudowań. Jedyne miejsce, gdzie płaciliśmy za nocleg to było Ushguli (30GEL/os z wyżywieniem). Miejsca ani nie polecamy, ani nie odradzamy, więc nie podajemy namiarów.
Jedzenie
W cenę noclegu z reguły wliczony jest koszt wyżywienia, ale trzeba się upewnić. Ser i chleb można kupić chyba w każdej wiosce, na pewno w Adishi. Co ciekawsze, cena nie jest wygórowana, równa tej w miastach (chyba jeszcze nie rozumieją, czym jest turystyka).
Podsumowanie czasowe
Trasa rozpisana jest oficjalnie na 4 dni (M->Z, Z->A, A->I, I->U). My zrobiliśmy ją w 3 dni (M->Z 7,5h, Z->A 6h, A->U 11h). Jeśli by się uprzeć, to można ją zrobić w 2 dni, ale będzie to dość męczące. I jedzenia trzeba mieć i tak więcej, może się przydać w wypadku zgubienia drogi lub załamania pogody.
Mapa
Korzystaliśmy z bardzo dobrej mapy kupionej w Geolandzie w Tbilisi. Więcej w kolejnym poście: IP-Mapa Swanetii

Powrót do Mestii



Pożegnanie Ushguli
Powrót z Ushguli do Mestii może być trudny lub drogi. W „Lonely Planet” pisali o bajońskich sumach za wynajęcie jeepa (zdaje się, że było to 150-200lari), więc założenia wybraliśmy pierwszą opcję…  
Rozpoczęliśmy miły spacer w kierunku Mestii, który powinien zająć ponad jeden dzień drogi.
Po krótkim czasie zatrzymał się przy nas jadący w przeciwną stronę policyjny samochód i powiedział, że może nas zabrać do Mestii  (za darmo) jak będzie wracał około 14:00. Bardzo się ucieszyliśmy, ale postanowiliśmy przejść się spacerkiem, żeby nie czekać bezczynnie kilku godzin (i nie ufać w 100% miłym, ale niesłownym Gruzinom…). 
Droga Ushguli - Mestia
Już w Iprali proponowano nam podwiezienie do Mestii za 25lari/os a kilka km. dalej zatrzymał się busik. Chciałem go spławić, licząc jeszcze na policjanta (była już 16:00 czy 17:00, czyli kilka godzin po umówionym czasie spotkania…), więc zaproponowałem absurdalnie niską kwotę 5 lari/os. Kierowca się zgodził!
Jeśli ktoś ma szczęście, to w Ushguli może spotkać dużą marszrutkę, która została wynajęta przez jakąś grupę. Wtedy można nią wrócić za 20lari/os. Co do policjanta, to być może jeździ on na tej trasie codziennie?

Więcej informacji praktycznych o Swanetii w poście: IP-Swanetia